16-17.06.2012 rz. Niemen poniżej KOWNA - LITWA, okolice Kacergine i Kriukai - wyjazd towarzyski

Długo trwały przygotowania do drugiego wyjazdu wędkarskiego Barweny na Litwę. Wszystko wskazywało na to, że frekwencja znacznie przekroczy ubiegłoroczne dwadzieścia osób. Zainteresowanie wyjazdem było bowiem znaczne. Jedni zbroili się na bolenia, inni na brzanę, jeszcze innym było wszystko jedno co złowią.
Na tydzień przed wyjazdem na forum internetowym pojawia się informacja, że zmieniły się zasady sprzedaży licencji wędkarskich na Litwie. W ubiegłym roku zakup odbywał się za pośrednictwem sklepów wędkarskich, a obecnie pojawiły się automaty do ich sprzedaży. Problem tkwił w tym, że by nabyć licencję trzeba się posługiwać litewskim dowodem osobistym, a sama licencja podrożała z 15 do 60Litów. Kolejne osoby poinformowane o niedogodnościach rezygnowały z wyjazdu. Dodatkowym minusem było to, że w sobotę reprezentacja Polski miała grać mecz o wszystko z Czechami, w ramach eliminacji w pierwszej fazie rozgrywek Euro2012. Fani piłki nożnej również postawili veto wobec terminu wyjazdu na Litwę. Gorączkowe poszukiwania rozwiązania tego problemu spełzły na niczym i na dwa dni przed wyjazdem Prezes Wojtek zmuszony był do podjęcia decyzji o odwołaniu zawodów.

Nie namyślając się długo przedstawiłem na forum Okonia inicjatywę prywatnego wyjazdu wędkarskiego. Licencje ważne jeszcze z ubiegłego roku warto było wykorzystać, a i wolne od pracy szkoda by się zmarnowało. Prezes, bracia Kulesza, Długi, Jacek, Beny z rodziną, Teściu i ja szybko stworzyliśmy ekipę, która po podzieleniu się na trzy auta ruszyła na podbój Litewskiego Niemna (Nemunas). Za cel wyprawy obraliśmy okolice Kowna poniżej zapory na tzw. "Morzu Kowneńskim". Kilka chwil zajęło mi przygotowanie wstępnego planu wyprawy i namierzenie na Google Earth potencjalnych miejsc połowu i biwaku nad brzegiem rzeki.
Spotkaliśmy się o godzinie 07.00 na przejściu granicznym w Budzisku. Do ekipy dołączył jeszcze kol. Marcin i niespiesznie udaliśmy się pustymi litewskimi polami w kierunku Kowna (Kaunas). Litwini u siebie jeżdżą zgodnie z przepisami, więc rzadko kiedy poruszaliśmy się szybciej niż 90km/h, za to u nas pokazują rogi i łamią wszelkie możliwe przepisy. Nasze mandaty są po prostu zbyt niskie.
Kilka chwil po godzinie 09.00 zaparkowaliśmy auta w bezpośrednim pobliżu starego miasta. 400tys mieszkańców czyni Kowno drugim po Wilnie skupiskiem ludzi na Litwie. Ładnie utrzymana w dawnym klimacie, najstarsza dzielnica na wszystkich zrobiła duże wrażenie. W ratuszu miejskim od samego rana udzielano ślubów. Powszechne zainteresowanie wzbudzała ogromna limuzyna jednej z par. Takim autem można by zabrać wszystkich uczestników naszej wyprawy razem z bagażami i jeszcze zostało by dużo wolnego miejsca.

W lokalnym sklepie zaopatrzyliśmy się w wyśmienite Litewskie wędliny i kupiliśmy na spróbowanie regionalne trunki. Po półtorej godziny spacerowania mknęliśmy do oddalonej o niespełna 15km miejscowości Kacergine.
Auta bez problemu zaparkowaliśmy w bezpośrednim pobliżu rzeki. Jak wynikało z mapy miejsce to powinno obfitować w stare, rozmyte główki wchodzące na kilkadziesiąt metrów w rzekę. Tak też było, ale okazało się, że woda jest dość niska, główki są w fatalnym stanie, a klatki pomiędzy nimi mocno zarośnięte i zapiaszczone. Nikt się tym zbyt mocno nie przejął i każdy udał się w upatrzonym przez siebie kierunku. Trzeba było wchodzić na kilka - kilkanaście metrów w głąb rzeki by dostać się za pas ziela i tam móc swobodnie łowić. Niestety brak było oznak jakiegokolwiek życia na wodzie. Dopiero po około dwóch godzinach zaobserwowałem na środku rzeki atak dużego bolenia. Znalazłem kilka obiecujących główek, na których woda bystro przelewała się po kamieniach, ale kolejne godziny które spędziłem na ich obławianiu nie przyniosły mi żadnego brania. Dopiero po założeniu przeciążonej obrotówki nr 3 z czerwonym chwostem skusiłem do brania dwa ładne ponad 25cm okonie. Ryby miały na całym ciele dziwną wysypkę, coś jakby hybryda z jazgarzem.

Kolejne główki na wewnętrznej stronie zakrętu były znacznie krótsze ale i głębsze. Łowiąc w warkoczu tworzącym się za ich szczytem musiałem czekać około pół minuty zanim 20g główka zdoła sprowadzić kopyto do dna. Na takie łowienie nie byłem zupełnie przygotowany. Po odejściu o około 2km od miejsca startu zdecydowałem się na powrót. Próbowałem przebić się na skróty, ale ogródki działkowe okazały się nie do przebrnięcia. Wszędzie płoty, tabliczki "teren prywatny" i ujadające psy. Dopiero po godzinie, idąc główną drogą dotarłem z powrotem do Kacergine. Kompani również nie mieli dobrych wyników i łowili pojedyncze okonie.
Koledzy zrobili wywiad i usłyszeli, że więcej ryb jest w oddalonym o około 30km Kriukai. Tam też planowałem popołudniowy przejazd, a wszyscy pozostali przystali na tę propozycję. Po niecałej godzinie minęliśmy Kriukai i niecałe 3km dalej, w pobliżu wsi Paezerliai zjechaliśmy z drogi, by rozbić wieczorny obóz na jednej z główek.

Nie będę chciał stąd wyjeżdżać - oznajmił Długi. Faktycznie miejsce było piękne. Spokojna zatoczka głęboka na około 2,5m granicząca bezpośrednio z niewielkim starorzeczem i wartkim warkoczem tworzącym się zaraz za niewielkim cyplem. Na trawie już po chwili stanęło niewielkie miasteczko namiotowe, rozłożyliśmy grila, a co bardziej niecierpliwi również wędki i pierwsi śmiałkowie udali się na wieczorne łowy. Teściu zobowiązał się do sprawienia ryb i przygotowania ich do grilowania. Szczupak i kilka okoni złowionych z marszu w bezpośrednim sąsiedztwie naszego siedliska zostało poświęconych do celów konsumpcyjnych. Po niecałych dwóch godzinach wszyscy, za wyjątkiem Długiego siedzieli już przy grilu. Dopiero po godzinie 23.00 zobaczyliśmy wyłaniający się z mroku zarys sylwetki naszego zagubionego kompana. Opowieściom wędkarskim i dowcipom zdawało się nie być końca, jednak trudy podróży i całodniowego łowienia dały się wszystkim we znaki i znużeni udaliśmy się na zasłużony wypoczynek.
Około godziny 04.30 obudziły mnie grzmoty, błyski i deszcz bębniący o dach namiotu. W przedsionku brzęczały dziesiątki komarów, które schowały się przed ulewą. Przedrzemałem jeszcze około 1,5godziny i gdy deszcz się zmniejszył wygramoliłem się ze śpiwora, założyłem płaszcz i spodniobuty oraz zjadłem śniadanie. Pozostali uczynili podobnie i już po chwili wszyscy stali z wędkami, gotowi do wyruszenia. Beny próbował z bocznym trokiem, Długi na ciężko obławiał szczyty główek i warkocz, Prezes woblerami wabił bolenie, a Darek na perłowego twistera wywabiał z grążeli okonie. To właśnie z Długim i z Darkiem udaliśmy się w górę rzeki. Brzegi były zupełnie niedostępne ze względu na pas krzaków o szerokości od 50 do 200metrów i sieć starorzeczy. Poruszaliśmy się więc wzdłuż główek brodząc w wodzie. Przy wyższym stanie wody miejsca te były by nie do przejścia nawet w spodniobutach.

Woda przez noc podniosła się o około 30-40cm, nie za sprawą deszczu, ale za sprawą zrzutu wody z zapory na Niemnie. Skoki ciśnienia spowodowane burzą, zmiany poziomu wody, to nie wpłynęło dobrze na żerowanie ryb. Porywisty wiatr i kłębiaste chmury burzyły spokojny do tej pory krajobraz. Udało się nam wyłuskać kilka szczupaków i okoni, Prezes woził niewielkiego bolenia i klenika, ale inne ryby po prostu nie chciały współpracować. Kolejne mijane przez nas główki były coraz płytsze i bardziej zapiaszczone. Teoretycznie powinno się tu gotować od boleni, ale tego dnia nie widzieliśmy ani jednego powierzchniowego ataku. Po godzinie 13.00 wszyscy byli już przy namiotach i przygotowali się niespiesznie do wyjazdu.

Z żalem opuszczaliśmy przepiękną okolicę, ale wszyscy jednogłośnie orzekli, że Drusgienniki i płynący tamtędy Niemen jest bardziej rybny i o wiele bardziej czytelny. Tam też skierujemy swoje kroki planując kolejną wyprawę.

ARTFISH

 

® Prawa autorskie zastrzeżone. Publikowanie i rozpowszechnianie zamieszczonych w tym serwisie zdjęć, grafik i opisów, bez wiedzy i zgody autora - wzbronione.
Copyright by Artfish