Zagubione jeziorko

Uwielbiam jeździć rowerem. Po części jest to konieczność, z powodu braku samochodu, a po części jest to dbanie o własną kondycję i troska o stan środowiska. Bliskość Narwiańskiego Parku Narodowego sprawiła, że rower, podobnie jak spinning, stał się nieodłącznym towarzyszem wszystkich moich wypraw.
Pewnego dnia, siedząc bezczynnie w domu i próbując zająć czymś szare komórki, przypomniałem sobie, że dawniej prowadziłem notes, w którym zapisywałem miejsca które warto odwiedzić. Mój wzrok przykuła mała notka na ostatniej stronie, z wyraźnym dopiskiem "SPRAWDZIĆ!". Zacząłem kojarzyć moment, w którym ten zapis powstał...
Ponad rok temu, jeden ze znajomych pamiętając o moich wędkarskich zamiłowaniach, zajechał do mnie po pracy. Opowiedział mi o tym, jak dostał zlecenie dowiezienia wywrotki żwiru do pewnego domu ukrytego głęboko w lesie. Deszcze sprawiły, że główna droga była nieprzejezdna, zmuszony był więc poszukać objazdu. Na leśnych duktach stracił jednak orientację, a na domiar złego, popsuł mu się samochód. Próbując sprowadzić pomoc, przedzierał się kilka godzin przez ostępy. Za którymś z pagórków ujrzał, jak to określił - spory staw, którego powierzchnię prawie w całości pokrywały liście grążeli. Brzegi były bardzo grząskie i trudno dostępne. Udało mu się jednak okrążyć podmokły teren i po kolejnej godzinie błąkania się dotrzeć do drogi głównej.
Z tego co powiedział, najbardziej cieszył mnie fakt, że od jeziorka, do najbliższej wsi było półtorej godziny pieszo i że nie prowadzi tam żadna droga.
Postanowiłem sprawdzić to miejsce. Na mapie miałem zaznaczoną przybliżoną lokalizację, niestety nawet po wykluczeniu niektórych miejsc, które położone były zbyt wysoko, do sprawdzenia pozostało mi kilka kilometrów kwadratowych lasu. Od czego jednak jest rower...
Do plecaka wrzuciłem krótki spinning teleskopowy, małe pudełko przynęt i butelkę wody. Po przejechaniu piętnastu kilometrów skręciłem w las. To było to co lubię, świeże powietrze o zapachu jodeł, świergot ptaków i gra cieni. Uwielbiam patrzeć na falujące wierzchołki sosen, taki widok uspokaja, podobnie jak szum morza.
Gdy słońce chyliło się ku zachodowi, zobaczyłem je - jezioro marzeń. Krystalicznie czysta woda, ciemne dno i zachodzące słońce potęgowały atmosferę tajemniczości. Nie miałem czasu do stracenia, rozłożyłem spinning i prawie zbiegłem ze zbocza, u podnóża którego leżało jeziorko. Nieświadomie podjechałem z dobrej strony, pozostałe brzegi były zupełnie niedostępne. Przeskakując z kępy na kępę, dotarłem na skraj otwartej wody.
Większą część porastały grążele, które na środku utworzyły sporą wysepkę. Przeskoczyłem na kolejną kępę trawy, by zająć lepszą pozycję do rzutu i nagle w tej samej chwili przy wysepce na środku, zobaczyłem potężny wir. Poznałem ten ruch, błysk łusek, to był ON - król polskich drapieżców - szczupak. Serce skoczyło mi do gardła, drżącymi z przejęcia rękoma zarzuciłem przynętę. To chyba emocje sprawiły, że rzut kompletnie mi się nie udał. Szybko zwinąłem żyłkę, kolejna próba była już całkiem poprawna. Kilka obrotów korbką i przytrzymanie. Nie wierzyłem w to co się dzieje, szczupak wyskoczył wysoko nad wodę trzepocząc łbem z szeroko otwartym pyskiem, z którego wystawała moja przynęta. Opadł do wody i jedyne co poczułem to luz..., nie ulgę lecz luz, luz na żyłce... spiął się...
Pomimo porażki wracałem do domu szczęśliwy, miałem swoje własne, tajne, zapomniane jeziorko. Wodę marzeń, na którą powrócę jeszcze nie raz. Być może żyją w niej piękne karasie, złociste liny i wielkie, wiekowe karpie? Nie łowię na spławik, więc może kiedyś zdecyduję się zabrać ze sobą jakiegoś zaufanego kolegę, który będzie mógł to sprawdzić, kto wie..., a może już są jacyś chętni...

ARTFISH

® Prawa autorskie zastrzeżone. Publikowanie i rozpowszechnianie zamieszczonych w tym serwisie zdjęć, grafik i opisów, bez wiedzy i zgody autora - wzbronione.
Copyright by Artfish