Tydzień nad Siemianówką
Niedziela
Po drobnych kłopotach z transportem, udaje mi się namówić Adriana do
tego by podwiózł mnie i Adama na miejsce swoim Jeepem. Przyznam od razu,
że ilość naszego bagażu zaskoczyła nawet mnie, samochód jest załadowany
prawie po dach, ale w końcu jedziemy na cały tydzień.
Nad Siemianówkę docieramy od strony Cisówki, nasze obozowisko będzie
się mieściło na nasypie kolejowym przecinającym zalew. Jest to znakomite
łowisko wiosenne, płytka, szybko nagrzewająca się woda przyciąga tu
potężne karpie z całego zalewu. Teraz jednak jest pełnia lata, czy nasz
wybór okaże się słuszny?
Po dotarciu na miejsce okazuje się, że ciężko będzie znaleźć wolne stanowisko.
Na szczęście to już koniec weekendu i amatorzy wędkarstwa zaczynają
powoli wracać do domów. W końcu na 300 metrów od mostu kolejowego znajdujemy
wystarczającą ilość miejsca do rozbicia dwóch namiotów. Za godzinę zajdzie
słońce, nie mamy więc czasu do stracenia, trzeba bowiem wyznaczyć miejsce
do łowienia. Zaczynam rozkładać ponton i montować echosondę. Płyniemy
w stronę widocznej w oddali bojki. Po drodze mamy w miarę czyste i równe
dno, tylko niewielka ilość starych karcz. Przy samej bojce dno jest
twarde, po obu stronach przechodzące w muł. Jednak 250 metrów to za
dużo, tyle żyłki nie mamy na kołowrotkach. Przesuwamy więc butelkę o
50 metrów bliżej brzegu. Z tą odległością jakoś sobie poradzimy. Krążymy
jeszcze dłuższą chwilę w pobliżu bojki, szukając potencjalnych zaczepów.
300 metrów w lewo jest stare koryto rzeki, na jego obrzeżach ciągnie
się potężne karczowisko, tam nie mielibyśmy na walkę nawet z niewielkim
karpikiem. Twarde zaczepy kończą się dopiero na 100 m od naszego stanowiska.
Z prawej strony mamy spory kawałek czystej wody, za którym zaczynają
się podwodne łąki i gęste trzcinowiska. Karpie lubią się na nich wygrzewać.
Głębokość w miejscu łowienia to 1,7 m.
Wracamy do brzegu i szybko montujemy zestawy. Na włosie zawieszamy kukurydzę
i kulki proteinowe. Cztery kursy i zestawy lądują w pobliżu bojki, na
190-tym metrze. Prawie po ciemku zabieramy się za rozstawianie namiotów.
Wrzucamy rzeczy do środka i idziemy do sąsiadów na zwiad. Dowiadujemy
się, że nie jest najlepiej, przez cały tydzień złowiono jedynie dwa
niewielkie karpie, ale przecież kiedyś muszą zacząć jeść. Z tą myślą
wracamy do obozu i kładziemy się spać, przed nami pierwsza parna noc.

Poniedziałek
Wstajemy skoro świt, jednak wędki stoją nienaruszone. Szybkie śniadanie
(jakie to szczęście, że wymyślono chińskie zupki błyskawiczne z makaronem)
i siadamy na płytach betonowych, którymi jest wyłożony nasz kawałek
brzegu. O godzinie 7.00 małpa na mojej wędce z kukurydzą, zjeżdża do
wody. Likwiduję luz, lecz to nie pomaga, postanawiam zaciąć. Przez chwilę
czuję tępy opór, ale już po chwili żyłka powiewa luźno na wietrze. Co
do cholery?!! Czy to było coś ostrego w wodzie, czy też szczupak zaatakował
jakąś rybkę która przypadkowo zapięła się na haku? Trochę dziwne jest
to, że brakuje 50 cm przyponu i 50 g ołowianego ciężarka. Jeśli to był
szczupak, to musiał być duży i teraz za swoje łakomstwo będzie miał
biedactwo niestrawność. Prawdy nie dowiem się nigdy.
Upał się wzmaga, korzystamy z okazji i zażywamy kąpieli słonecznych.
Adam nie wytrzymuje i wchodzi do wody. Płynąc na skraj karczowiska natrafia
na urwaną żyłkę. Po nitce do kłebka, takim sposobem wyjmuje kompletny
zestaw karpiowy. To odkrycie trzyma go w wodzie przez następne 2 godziny.
Przemierza karczowisko wzdłuż i wszerz, chodząc wolno po dnie i wychwytując
zerwane żyłki. Tym sposobem wyjmuje jeszcze ok. 20 zestawów. Na jednym
są jeszcze nietknięte kulki proteinowe. Teraz nie musimy się już obawiać
o braki sprzętowe, wystarczy się po prostu wykąpać i problem z głowy.
Na szczęście jakość wody w Siemianówce poprawiła się na tyle, że nie
widać już przy zielonych glonów, które dawniej zalegały gęstym kożuchem
przy każdym brzegu. Można mieć nadzieję, że będzie coraz lepiej.
Przez resztę upalnego dnia sygnalizatory milczą jak zaklęte. Ściągam
zestawy i płynę pontonem na krótki rekonesans ze spinningiem. Kilka
brań okoni i jeden krótki szczupaczek - to cały efekt połowu. Echosonda
nie wykazuje na dnie nic szczególnego, kilometr od brzegu są dopiero
2 metry głębokości. W niezmierzonych pokładach mułu są jednak oazy twardego
dna i pojedyncze patyki sterczące z niego, a nawet większe kłody drewna.
Dają one schronienie drapieżnikom. To właśnie w ich pobliżu następowały
brania. Wracam do Adama, zmieniamy przynęty i wywozimy zestawy. Zaczyna
się kolejna noc. Nie udało mi się jeszcze przyzwyczaić do tego, że za
moimi plecami stoi słup, którego druty dzwonią na wietrze w sposób identyczny
jak sygnalizatory moich wędek. Mam dzięki temu kilka fałszywych alarmów
w środku nocy. Adam nie ma z tym problemu, dźwięków elektronicznego
sygnalizatora brań nie da się pomylić z niczym innym.

Wtorek
Dzień podobny jak poprzednie, parny i upalny, z tym że na jednym z sąsiednich
stanowisk pada o świcie karp 6,5 kg. To na pewno dobry znak, może wreszcie
coś się ruszy. Podczas porannej kąpieli w zalewie zauważyłem na brzegu
oznaki życia. Już od dłuższego czasu wydawało mi się, że coś więcej
niż tylko mysz, która odwiedzała nas regularnie, mieszka pod betonowymi
płytami. W zwierzątkach biegających po brzegu rozpoznałem norki. Rudawą
mamusię i cztery czarne młode, które były już od niej większe. Podpłynąłem
do brzegu i cichutko poszedłem po aparat. Norki nie zwracały na mnie
najmniejszej uwagi, zajęte zabawą. Co chwilę chowały się pod jedną z
betonowych płyt, by po chwili wybiec kilka metrów dalej, za następną.
Widocznie miały tam wykopane tunele. Przesiedziałem tak z nimi na brzegu
ponad dwie godziny. W tym czasie słońce spaliło mi plecy i ręce na czerwono,
ale wytrwałem gdyż nie chciałem tracić tak znakomitych ujęć. Norki kompletnie
mnie w tym czasie zignorowały, widocznie były już przyzwyczajone do
widoku ludzi. Ciekawskie i wszędobylskie maluchy co chwilę przebiegały
nawet metr ode mnie, czasem przystając i przyglądając się mi uważnie.
Ja w tym czasie robiłem im zdjęcia. Taka okazja nie trafia się na co
dzień.
Adam po raz kolejny przypłynął z kilkoma karpiowymi zestawami "z
odzysku". Ja w tym czasie zająłem się zbieraniem chrustu na pierwsze
ognisko.
Pod wieczór - powtórka z rozrywki, ściągam zestawy i szybki kurs ze
spinningiem, pod widoczną w oddali wysepkę z trzcin. W jej pobliżu łowię
dwa krótkie szczupaki i pięknego okonia 37 cm. Chciałem mieć z nim zdjęcie,
ale nie miałem ze sobą siatki, a ciągnięcie go za sobą w podbieraku
przez prawie kilometr, mogłoby mu zaszkodzić. Wziąłem garbuska w jedną
rękę, a drugą zrobiłem mu zdjęcie. Po tej krótkiej sesji zdjęciowej,
zwróciłem mu wolność. Wkrótce miało się okazać, że dobrze zrobiłem...
Wywieźliśmy zestawy, rozpaliliśmy małe ognisko i upiekliśmy kiełbaski.
Dym odstraszył komary i meszki, których niezliczone ilości przeganiały
nas już po 22.00 do namiotów. Dziś mogliśmy w miarę spokojnie wypić
piwo. Przyzwyczaiłem się do tego, że druty na słupie za plecami dzwonią
co pewien czas. Obym tylko nie przegapił nocnego brania...

Środa
Ze snu wyrywa mnie dźwięk elektronicznego sygnalizatora na wędce Adama.
Wyskakujemy jednocześnie z namiotów, Adam łapie za wędkę i zacina z
rozmachem. Niestety nic nie zawisło po drugiej stronie. Ściąga zestaw
do brzegu, kulek nie trzeba zmieniać na nowe - te trzymają się wyśmienicie.
Pomagam mu wywieźć przynętę, jest 4.00 rano i się już kompletnie rozbudziłem.
Łapię za spinning i płynę pod znaną mi już trzcinową wysepkę. Okazało
się, że nie mogłem trafić lepiej. Okonie zaczynają właśnie dziki taniec.
Wygląda to tak, jakby ten którego wczoraj wypuściłem przypłynął tu z
cała rodziną i krewnymi. Ukleje setkami wyskakują nad powierzchnię,
zaczynają się zlatywać rybitwy i atakują je bezlitośnie z powietrza.
Początkowo zaczynam rzucać dużym kopytem, przynosi mi to kilka sporych
okoni (największy 34cm), lecz mam zbyt dużo niezaciętych brań. Zmieniam
przynętę na mniejsze 5 cm kopytko i to był strzał w dziesiątkę. Okonie
atakują je już podczas opadu, nie mam praktycznie rzutu bez brania.
Siatka którą tym razem przezornie ze sobą zabrałem, zapełnia się szybko.
Zmasowany atak okoni trwał już ponad 2 godziny. Nagle w miejscu, w które
rzucałem nastała cisza. Trzy kolejne rzuty nie przyniosły mi brania.
Dziwne - pomyślałem, w tym samym momencie poczułem szarpniecie. Kołowrotek
oddał kilka metrów cienkiej żyłki. Cudownie, wreszcie naprawdę duży
okoń. Okoń nie zrobił sobie nic z tego, że próbowałem go podciągnąć
do podbieraka, lecz statycznie przepłynął obok pontonu. Zorientowałem
się wtedy, że mam na wędce szczupaka. Miał 58 cm i był wspaniale ubarwiony.
Kolejne rzuty przyniosły kolejne dwa krótkie szczupaki. Widocznie wpłynęły
na miejsce, gdzie wcześniej atakowały okonie. Przekotwiczyłem się o
kilka metrów i znów zacząłem łowić okonie. Tak było do godziny 9.00,
kiedy to zdecydowałem się spłynąć do brzegu z pełną siatką.
Adam od razu wsiadł na swój ponton i popłynął pod wysepkę, licząc na
podobne wyniki niestety "wielkie żarcie" się skończyło i efektem
jego połowu było jedynie kilka piętnastaków i szczupak o rozmiarach
podobnych do mojego.
Konieczna była pierwsza wizyta w sklepie, kończyły się nam bowiem napoje
chłodzące, chleb i zupki chińskie. Na szczęście to tylko kilometr drogi.
Jednak nawet taki dystans, podczas takiego upału, może zmęczyć. Nawet
norki chowały się gdzieś na cały dzień. Widujemy je jedynie wczesnym
rankiem i wieczorem, podczas polowania na małe rybki.
Czwartek
Znów budzi mnie sygnalizator brań Adama, okazuje się jednak że właściciela
nie ma w namiocie. O 6.00 rano wyszedł na spacer do mostu kolejowego.
Gdy dobiegam do wędki, sygnalizator milknie, nie decyduję się na zacięcie.
Po 5 minutach, małpa na mojej wędce jedzie w górę. Zacinam energicznie,
podciągam zestaw o kilka metrów, lecz grzęźnie on w zaczepach. Odkładam
wędkę i czekam, może będą kolejne brania na pozostałych wędkach. Po
godzinie wraca Adam, decyduję się na popłynięcie pontonem i odczepienie
zestawu. Będąc nad zaczepem ciągnę ręką za żyłkę, wyciągam jeden krzak,
2 metry za nim wisi drugi. Oba są kompletnie oplątane żyłką, haczyka
jednak wciąż nie widzę. Ciągnę więc dalej...
Nagle czuję szarpnięcie, żyłka prześlizguje się między moimi palcami.
Jest ryba!!! Zacieśniam chwyt i bardziej zdecydowanie podciągam zdobycz
do powierzchni. Widzę już krętlik, jeszcze tylko pół metra przyponu
i zobaczę JĄ. Zamiast tego - wir pod powierzchnią, krople wody lądują
na mojej twarzy, muszę oddać dwa metry żyłki w obawie przed zerwaniem.
Nie mogę użyć wędki ani kołowrotka, gdyż karcze zaplątane w żyłkę skutecznie
mi to uniemożliwiają. Adam zauważył z brzegu zamieszanie i krzyczy do
mnie:
- Co to?!!
- Ryba - odpowiadam, nie znając jeszcze jej gatunku.
Łapię za podbierak i staram się podciągnąć to coś jak najbliżej powierzchni.
Zobaczyłem ją wreszcie - to karpik. Jeszcze dwa krótkie zrywy, które
amortyzuję ręką i ląduję go do podbieraka. Płynę szczęśliwy do brzegu,
złowiłem swojego pierwszego w życiu karpia. Na brzegu mierzenie, ważenie
i sesja zdjęciowa (53cm i 2,5 kg). Pomimo że rozmiar karpia jest bardzo
zbliżony do "wigilijnego", to cieszy mnie bardzo sam fakt
jego złowienia.

Dowiadujemy się później, że nasi sąsiedzi złowili o 2.00 w nocy karpia
6kg. Będzie dobrze...
Pod wieczór zmienia się wiatr, w oddali widzę burzowe chmury. Decyduję
się jednak na krótki wypad ze spinningiem. Przed wypłynięciem, Adam
dostaje sms-a "w Białymstoku leje". Może nas ominie, często
bywało że ogromny masyw wody jakim jest Siemianówka, dosłownie odpychał
od siebie chmury.
Pod wysepką z trzcin wykonuję kilka rzutów, wiatr cichnie zupełnie,
widzę jednak że granatowe chmury pędzą w moją stronę z zawrotną prędkością.
Wtedy się zorientowałem, że to właśnie ta słynna "cisza przed burzą".
Złapałem za wiosła i zacząłem jak najszybciej wiosłować z powrotem do
brzegu. Później Adam powiedział mi, że na pewno pobiłem rekord prędkości
w pływaniu pontonem na dystansie do kilometra. Tymczasem na 200 metrów
przed bazą zerwał się boczny szkwał. Woda dosłownie byłą zrywana z powierzchni
i bryzgała mnie po twarzy. Gdyby przyszło mi płynąć pod wiatr, nie miałbym
najmniejszych szans. Ponton praktycznie unosił się nad powierzchnią
wody. Fale zaczęły robić się coraz wyższe. Gdy byłem 100 m od brzegu,
urosły do ponad 50cm. Chwilami miałem "puste" ruchy wiosłami,
unoszony na falach, nie sięgałem nimi po prostu do powierzchni wody.
Mokry od potu i od bryzgającej wody, dobiłem wreszcie do brzegu. Z wielkim
trudem przewróciłem ponton do góry dnem i przycisnąłem go kilkunastoma
ciężkimi kamieniami, które znalazłem na brzegu. Dobiegłem do namiotu,
który targany był na wszystkie strony podmuchami wiatru. Wcześniej rano
na Śląsku, wiatr ten pozrywał kilka dachów w domach. Kątem oka widzę
jak coś ciemnego przelatuje za moimi plecami. To ponton Adama przyciśnięty
tylko kotwicą, oderwał się od ziemi i przeleciał prawie 20 metrów razem
z balastem. Na szczęście wylądował na skraju wody i udało mi się go
dogonić. Przyciskamy go, podobnie jak mój, górą kamieni. Biegam jak
w amoku i zabezpieczam wszystko co mogłoby zostać zniszczone lub porwane
przez wichurę. Wędki już dawno spadły z podpórek, ale są przywiązane
do betonowej płyty na brzegu, mogę być o nie spokojny. Sprawdzam naciągi
namiotu i dodaję jeszcze dwa od strony nawietrznej. Śledzie przyciskam
do ziemi kamieniami. Oby tylko stelaż wytrzymał ten straszny napór powietrza.
To będzie pierwsza , tak ekstremalna, próba dla mojego nowego namiotu.
Wciskam się do środka, wszystkie bagaże przenoszę na stronę nawietrzną
namiotu, by zapobiec jego poderwaniu do góry. Wiatr gwiżdże niemiłosiernie,
czarne chmury zakrywają już całe niebo, zaczyna grzmieć. Adam zaszywa
się w swoim namiocie, na odchodne jeszcze rzuca że będzie teraz smakował
piwo, tak jakby miało to być jego ostatnie. Wierzę, że dotrzymał słowa.
Chowam się również do namiotu, zamykam wejście i kładę na materacu.
Zaczyna się ulewa. Ogromne, ciężkie krople tłuką głucho o tropik namiotu,
czuję się jak wewnątrz wielkiego bębna. Nie słyszę nawet własnych myśli,
nie mówiąc już o miniaturowym radyjku, którego próbowałem słuchać. Do
tego jeszcze te grzmoty. Tak mijają prawie dwie godziny. Gdy deszcz
odrobinę ustał, wyłazimy z namiotów, jest już prawie ciemno. W tej samej
chwili nadjeżdża Adrian Jeepem. Zostanie z nami tej nocy, a jutro wracamy
do domu. Na brzegu widzę siatkę, w której trzymałem okonie i szczupaka.
Fale wyrwały ją z dna, nie pomogło nawet podwójne mocowanie. Z ponad
setki okoni zostało tylko 9 sztuk i szczupak. Poluzowało się oczko zaciskowe,
ryby skorzystały z okazji i uciekły. Wypuszczam resztę okoni, zostawiając
tylko szczupaka. Sprawdzamy zestawy i korzystając z chwili słabszego
wiatru, wywozimy je po raz ostatni.
Siadamy w moim namiocie, otwieramy piwa i oddajemy się błogiej chwili
spokoju. Pijemy za karpie i za inne ryby. Po północy kładziemy się spać,
to był dzień pełen wrażeń...
Piątek
Z samego rana odwiedza nas sąsiad, by pochwalić się kolejnym karpiem
7kg, który wziął o szarówce. Niestety na nas już pora, zaczynamy najmniej
przyjemną część wyjazdu - pakowanie. Zbliża się kolejny weekend, gdy
po południu przyjadą tu kolejni wędkarze, po nas nie będzie już ani
śladu. Tylko ryby i norki, niemi świadkowie naszego pobytu, będą pamiętały
"o dwóch takich co"... pili ich zdrowie.
Do następnego razu przyjaciele!!!