DESANT
Mając w pamięci ostatnie sukcesy w łowieniu okoni na starorzeczach,
postanowiliśmy wraz z Pawłem, poświęcić tym rybom kolejny weekend. Wyprawę
zaplanowaliśmy z iście wojskową precyzją. Plan - dotarcie o wschodzie
słońca nad Biebrzę przy wsi Budne, desant pontonem na położone po drugiej
stronie rzeki starorzecze i pacyfikacja miejscowych... okoni!
Szukając dogodnego podjazdu do rzeki wjechaliśmy na drogę prowadzącą
jak się później okazało prosto na pole. Gdy wracaliśmy do drogi głównej
przejazd zagrodził nam polonez, z którego wysiadło dwóch panów. Gdy
wraz z Pawłem również opuściliśmy nasze auto, zapytali nas co tu robimy.
Po krótkim wyjaśnieniu z naszej strony, wytłumaczyli przyczynę swojej
interwencji:
- Bo my myśleli, że wy kłusowniki jakie. Jedźcie za nami, pokażem drogę.
Wskazaną drogą dojechaliśmy prościutko do Biebrzy, tak jak to było w
planie - o wschodzie słońca. Donośnym krzykiem przywitały nas lecące
na południowy zachód żurawie.

Droga okazała się częściowo nieprzejezdna, więc ponton musiał pokonać
ostatnie 500 metrów na naszych plecach. Woda w rzece, po ostatnich opadach,
podniosła się o prawie pół metra. Wraz z nurtem spływało dużo traw,
patyków i rzęsy wodnej.
Na starorzeczu, które jest zimowiskiem okoni (wiedzieliśmy o tym dzięki
obserwacjom poczynionym w ubiegłych latach), woda podniosła się również.
O tym, że ryby żerują mogliśmy przekonać się jeszcze podczas pompowania
pontonu. Narybek płotki i ukleje uciekały falami, ścigane przez stada
atakujących drapieżników. Już po kilku rzutach mieliśmy na brzegu pierwsze
okonie. Zdziwiło mnie trochę to, że podczas tak intensywnego żerowania,
miałem tak delikatne brania. Okonie nie reagowały jednakowo na wszystkie
podawane im wabiki. Najlepsze wyniki miałem na m.in. srebrną obrotówkę
01 w czerwone paski, 3cm twisterek i ripperek koloru kremowego i motor
- oil z brokatem. Woblery były zupełnie ignorowane, większe przynęty
wzbudzały zainteresowanie ryb, lecz skuteczne zacięcie było niemożliwe.
Pozostało mozolne dłubanie ryb na paprochy. Sporo brań następowało w
opadzie. Gdy jeden z nas holował okonia, drugi rzucał natychmiast przynętę
o metr dalej, bowiem za ciągniętą rybą płynęło zawsze kilka innych,
odprowadzając ją prawie do samego brzegu. Intensywny żer musiał trwać
już od pewnego czasu, bowiem w brzuchach okoni znaleźliśmy strawione
małe rybki.
Po godzinie okonie zapadły się pod ziemię. Wiedziałem, że taka cisza
oznacza często żerowanie szczupaka. Założyłem przypon i zmieniłem gumę
na większą. Na haku zawisł 5cm twister w kolorze jasny motor-oil. Zarzuciłem
pod drugi brzeg, poczekałem aż przynęta opadnie na dno i rozpocząłem
zwijanie. Mniej więcej w połowie drogi poczułem targnięcie i przez 5
sekund miałem sporą rybę na kiju. W drogim rzucie - kolejne branie.
Wyślizgiem, poprzez grążele, wyjmuję szczupaka 43cm. Natychmiast wraca
do wody, a ja kontynuuje łowienie. W 3 rzucie mam mocne branie przy
samym dnie, z opadu. Kolejne kilka rzutów w tamto miejsce i znów czuję
na kiju rytmiczne pulsowanie. Szczupak nurkuje w grążele, na szczęście
nie są one na tyle gęste, by dać mu schronienie. Po odrobinę siłowym
holu mam go na brzegu. Równe 60cm na miarze. Będzie stanowił znakomite
uzupełnienie do wcześniej złowionych okoni.

Po godzinie "czesania wody" zmieniamy przynęty znowu na paproszki.
Doławiamy jeszcze po 2 okonie i postanawiamy przenieść się na Biebrzę.
Na rzece Paweł łowi kolejne 3 garbusy. Nie chcąc łazić kilometrami wzdłuż
rzeki, postanawiamy wrócić do samochodu i na odchodne obrzucać jeszcze
podmytą burtę w jego pobliżu. Wyciągamy z krzaków zamaskowany ponton
i przeprawiamy się przez rzekę. Podpływają do nas łabędzie, które dokarmiamy
chlebem z kanapek.
Na burcie przy samochodzie, spod zalanych traw, Paweł wywabił szczupaka.
Ten dość niefortunnie jednak zagryzł wabia, nie dając łowcy szans na
wyholowanie. Półtorakilogramowy zębaty obciął paproszka motor-oil po
kilku ruchach w nurcie rzeki. Była to ostatnia ryba tego dnia.
Nie wszystkie okonie dały się spacyfikować, spora ich część żeruje jeszcze
w rzece i ani myśli wpływać do starorzecza. Pod koniec miesiąca, po
pierwszych przymrozkach, gdy opadną już rośliny, trzeba będzie desant
powtórzyć.