Niechciany SUM?!!

Jeszcze trzy tygodnie temu byłem świadkiem spektakularnego tarła karasi srebrzystych na zalanych łąkach obrzeży Siemianówki. Tysiące ryb o średniej masie 0,5 - 1,5kg kotłowały się w miłosnym uniesieniu. Potem przyszła nagła zmiana pogody i wszystkie ryby, jakby na komendę, przerwały godowy rytuał i schroniły się w głębszych wodach zalewu.
Zmiana pogody zbiegła się akurat z rozpoczęciem maja i nierozerwalnie już związanym z tym - otwarciem sezonu szczupakowego. Ubiegłoroczne czterdziestaki, które masowo czepiały się przynęt, zgodnie z przewidywaniami podrosły. Nie zaszkodziła im przedłużona zima i w znakomitej formie brały na podawane im rippery, twistery i obrotówki. Miłą niespodziankę zrobiły też okonie, które łowiliśmy niejako przy okazji, na każdej wyprawie. Sztuki w granicach 30-38cm były dość częstą zdobyczą. Pozostawał jednak niedosyt kontaktu z na prawdę dużym drapieżnikiem, którego przecież w Siemianówce nie brakuje. Słyszeliśmy co prawda opowieści o "metrówkach", "szóstkach" lub wypowiedzi typu: "Panie mojemu synowi, jak wczoraj pływaliśmy, to przywalił taki z 4,5kilo... i przy samej łódce wyskoczył z podbieraka i odgryzł przynętę". Zawsze serio traktowaliśmy takie relacje, gdyż zalew ten cały czas czymś zaskakuje i pozwala twierdzić, że właśnie tu, te najmniej prawdopodobne historie, mogły się zdarzyć naprawdę.
Na kontakt z większą rybą czekaliśmy do 12 maja. Wtedy to razem z Pawłem, nieodłącznym towarzyszem moich wędkarskich wypraw, odepchnęliśmy od brzegu dwuosobową łódź. Do tej pory łowiłem głównie z pontonu, więc łódź wydała mi się szczytem luksusu. Można było spinningować z niej na siedząco, stojąco, czy też w pozycji zupełnie wertykalnej. Bagaże mieściły się w schowkach i nie plątały niepotrzebnie pod nogami, po prostu raj na ziemi, a właściwie na wodzie.
W ciągu kilku minut dopłynęliśmy na ulubione i sprawdzone łowisko szczupakowo - okoniowe. Po pierwszych kilku rzutach stwierdziłem, że się chyba uduszę jeśli nie zdejmę kurtki, kamizelki i wszystkich innych zbędnych części garderoby. Słońca nie było widać, lecz zupełny brak wiatru i temp 25*C robiły swoje. Wokół kłębiły się ciemne, burzowe chmury. Coś wyraźnie wisiało w powietrzu. Słychać było każde, najmniejsze chlapnięcie rybki. Najwięcej zamieszania robiły karasie, które furkocząc, całe wyskakiwały nad wodę przy pobliskiej wysepce.
Po przekotwiczeniu bez brania, zmieniłem ripper na biały, 8cm twister. Już w piątym rzucie miałem pyknięcie, a głębokie nacięcia na korpusie przynęty wskazywały na obecność drapieżnika o wiadomym pochodzeniu. Kolejne 3 rzuty w tamto miejsce i mówię do Pawła - siedzi!!! Poczułem targnięcie i usłyszałem rytmiczne zzzzzzzzzz..., to kołowrotek miarowo oddawał nawiniętą żyłkę 0,20mm. Fiu, fiu, pomyśleliśmy, wreszcie jakiś okaz.
Łodzi nie musieliśmy odkotwiczać, gdyż przy kompletnym braku wiatru, nawet nie rzuciliśmy balastu. Powoli zacząłem odzyskiwać wysnutą żyłkę, ryba krążyła jednak spokojnie przy dnie i nie dawała się od niego oderwać. Wstałem z ławeczki, żeby móc lepiej kontrolować hol, Paweł zaś zamoczył podbierak i czekał gotowy na przyjęcie przeciwnika. Takiej ryby jeszcze na wędce nie miałem, dwukrotnie okrążyła łódź i nie dała się ani razu podciągnąć do powierzchni. Przy każdej próbie nawiązania kontaktu wzrokowego słychać było jedynie zzzzz, zzzzz... i musiałem odzyskiwać kolejne metry żyłki. Spojrzałem na zegarek, minęło już 5 minut odkąd ją zaciąłem. Wreszcie mówię do Pawła -"przygotuj się, może tym razem się uda". Pompując doprowadziłem zdobycz do powierzchni i naszym oczom ukazał się, zamiast oczekiwanego szczupaka - SUM. Charakterystyczne kijankowate ciało i falujący w kształt litery "S" ogon. Nie było wątpliwości, że na twister połakomił się władca ciemności naszych wód. Nie udało się go jednak wprowadzić do podbieraka ani tym, ani następnym razem. Wciąż silna ryba chlapała ogonem i po kilku ruchach była znów przy dnie, gdzie pływała majestatycznie.
Widać było, że jest już jednak coraz słabsza, odjazdy nie były tak długie, opór sprowadzał się głównie do parcia w dno i pływania wokół łódki. Wreszcie udało mi się podciągnąć go do powierzchni. Wyłożył się na boku i dał sprowadzić do podbieraka, który wydał się teraz śmiesznie mały. Delikatnie położyliśmy go na dnie łodzi, ależ robił wrażenie. Ten ogon, ta ogromna głowa, te długie na 25cm wąsy. Wyjąłem aparat, a Paweł miarkę. Równo 87cm, waga podczepiona do siatki podbieraka wskazała 5,20kg. Krótka sesja zdjęciowa i przełożyliśmy go z powrotem na drugą stronę burty, do świata do którego należał. Dopiero teraz zobaczyłem, że ma brzuch jak piłka, może złapał wcześniej jakąś rybkę, a może szykował się właśnie do tarła? Przez ponad minutę stał przy łodzi ciężko poruszając pokrywami skrzelowymi, wreszcie ożył i zanurkował, ginąc z naszych oczu w ciemnych wodach zalewu. Jeszcze przez chwilę staliśmy w milczeniu rozpamiętując niedawne emocje, poczym każdy z nas chwycił za spinning i na powrót pogrążył w oczekiwaniu na swojego Gogota.
Kolejne przekotwiczenia przyniosły mi 4 niewymiarowe szczupaki, Paweł też miał kilka kontaktów.

Wracając do brzegu, postanowiliśmy odrobinę potrollingować. Przynęty miarowo unosiły się nad dnem w odległości 30m za łódką. Po przepłynięciu 300 metrów poczułem na kiju potężne szarpnięcie. Serce znów zabiło mi mocniej. Paweł zatrzymał łódkę, ja zaś spróbowałem pompowania. Jedynym tego efektem było to, że łódka podsunęła się o kilka metrów w stronę ryby, ta zaś pozostała na swoim miejscu niewzruszona. Paweł dowiosłował w pobliże miejsca gdzie przymurował drapieżnik. Przez pewnie czas nie byłem pewien czy przypadkiem nie pomyliłem tego z zaczepem, jednak szarpnięcie pod wodą upewniło mnie, że tak nie jest. Ryba wreszcie ruszyła, opłynęła łódź od strony dziobowej, na wygiętym wędzisku poczułem szarpnięcie i nagły luz. Obcięła - powiedziałem spokojnie do Pawła, jednak ręce drżały mi jeszcze przez prawie minutę z emocji. Obejrzeliśmy dokładnie żyłkę, była rzeczywiście równo przecięta. 10cm przynęta + 20cm przypon, pozostały w pysku ryby. Czy był to metrowy szczupak, czy też kolejny, tyle że większy sum? Tego nie dowiemy się nigdy. W ciągu 3 godzin łowienia - dwie ryby życia, takie coś jeszcze mi się nie zdarzyło.
Dowiązałem nową przynętę i dla uspokojenia wrzuciłem ją do wody. Po dwóch obrotach korbką poczułem trącenie. Zaciąłem w tempo i poczułem szybkie targnięcia, w niczym nie przypominające ryby, którą jeszcze przed chwilą miałem na kiju. Szybko doholowałem zdobycz do łodzi i ręką podebrałem okonia 35cm. Po zmierzeniu zwróciłem mu wolność.
Jak na dziś, dość już miałem emocji, spłynęliśmy do brzegu. W drodze powrotnej omawialiśmy ze szczegółami wszystkie aspekty holu, brania, wyciągnięte i stracone ryby. Za 2-3dni, przy sprzyjającej pogodzie, kolejna krótka wyprawa.
Wędkarstwo jest po prostu piękne...

P.S. Kolejna, krótka (2,5h) wyprawa przyniosła 6 szczupaków w przedziale 50-57cm, okonia 37cm i około 15 kontaktów z innymi drapieżnikami. Pogoda była pod psem, a ryby brały jak nakręcone. Może będę się powtarzał, lecz wędkarstwo jest po prostu piękne...


ARTFISH

 

® Prawa autorskie zastrzeżone. Publikowanie i rozpowszechnianie zamieszczonych w tym serwisie zdjęć, grafik i opisów, bez wiedzy i zgody autora - wzbronione.
Copyright by Artfish