Pierwsze tegoroczne klenie

Kiedy tylko zaświeciło mocniej słońce, pierwsza myśl jaka przyszła mi do głowy, to - czy ruszyły się już klenie? Przełom marca i kwietnia zawsze był najlepszym okresem do ich połowu. Przed oczami mam, jak żywo, wędzisko zeskakujące z podpórek, po energicznym braniu klenia. Tak bardzo chciałem znów zobaczyć tamtą wodę i poczuć kleniowe klimaty.
Już dzień wcześniej montuję pickera i kupuję puszkę kukurydzy. Zestaw z bocznym trokiem, oliwka 10g z krętlikiem, 60cm przyponu z żyłki 0,18. Mamy tylko 3,5 godziny łowienia, ale to żaden problem bowiem łowisko na rzece Supraśl jest oddalone o kilka kilometrów od miejsca naszego zamieszkania. Gdy wychodzę przed blok widzę, że Paweł zabrał ze sobą psa dziewczyny - Tajfuna, będzie on nam towarzyszył przez cały czas połowów.
O godzinie 10.45 jesteśmy nad wodą. Nad naszymi głowami krążą dziesiątki kawek, rybitw i pojedyncze sroki. Nie widać co prawda jeszcze bocianów, ale wiosna pełną gębą, temp 13*C, ciepły wiaterek z zachodu umila nam wędrówkę na łowisko. Woda w rzece jest niska, jak na tą porę roku i mało klarowna z powodu ostatnich roztopów. Paweł zajmuje miejsce na wejściu do zakrętu, a ja siadam 70 metrów poniżej, na wyjściu. Pewne trudności sprawia wbicie podpórki w zmarzniętą jeszcze ziemię. Do wody lecą zestawy i po kilka garstek kukurydzy z puszki. Po kilku minutach rozleniwiony przymykam oczy i wystawiam twarz na działanie ciepłych promieni słońca.
Z wody wylatują chruściki, przez kilka chwil dają się nieść wodzie, po czym otwierają skrzydełka i wznoszą się w powietrze. Jeden z owadów został zniesiony przez wodę nieco dalej, kątem oka zobaczyłem jak spod przybrzeżnej burty wystartował w jego stronę wielki kleń. Rozciął grzbietem wodę, jak torpeda z łodzi podwodnej, pochwycił owada i odpłynął pod drugi brzeg. Gdy już się odrobinę uspokoiłem po tym pokazie, Paweł - siedzący powyżej mnie, krzyknął - "Jedzie!!!". Zerwałem się na równe nogi, złapałem za podbierak i pobiegłem pomóc w lądowaniu ryby. Piękny kleń zrobił kilka nawrotów w szybkim nurcie, wybrał troszkę żyłki z kołowrotka i po chwili dął się wprowadzić do podbieraka. Pierwszy tegoroczny kleń, w znakomitej kondycji, pomimo że branie nie było jeszcze tak agresywne jak w pełni sezonu, dał mi i łowcy wiele radości. Przyłożyłem miarkę do jego krępego korpusu - równe 45cm. Tajfun obszczekał go z każdej strony, po czym wyraźnie stracił zainteresowanie naszą zdobyczą i poszedł ganiać budzące się właśnie do życia żaby.


Zmieniliśmy miejsce połowu, jednak przez kolejne 2 godziny nic się nie wydarzyło. Jedynie Tajfun biegając po przybrzeżnych trawach "złapał" kilka kleszczy, które najwidoczniej stały się już aktywne po zimie. Paweł poszedł w dół rzeki na, jak to stwierdził, sprawdzone miejscówki. Ja zaś wróciłem na wcześniejsze miejsce połowu licząc na kolejne brania kleni.
Po drugiej stronie rzeki zobaczyłem miejscowego, który przyszedł nad wodę z dwójką małych dzieci i najzwyczajniej w świecie zaczął podpalać suche, ubiegłoroczne trzciny, na obrzeżach pastwiska. Widać, że na darmo strażacy apelują o niewypalanie, ekolodzy ostrzegają przed skutkami jałowienia gleby. Do niektórych tumanów widać nic nie dociera. Najbardziej boli, że przyglądały się temu małe dzieci, jaki to dla nich przykład, chyba nie muszę mówić.


W tym samym czasie wrócił Paweł z jeszcze jednym kleniem 44cm. Piękny połów jak na 3h pobytu nad wodą. Ja nie miałem tego dnia żadnego brania kleniowego. Być może była to wina zbyt topornego zestawu, a może po prostu braku szczęścia. Następnym razem, bogatszy o nowe doświadczenia, na pewno będę mógł osobiście powalczyć z kleniami z Supraśli.

ARTFISH

 

® Prawa autorskie zastrzeżone. Publikowanie i rozpowszechnianie zamieszczonych w tym serwisie zdjęć, grafik i opisów, bez wiedzy i zgody autora - wzbronione.
Copyright by Artfish