Zimowe podsumowanie

Zima jeszcze trzyma, ale bociany które zaczynają powracać do swoich gniazd, zwiastują szybkie jej odejście. I dobrze, bo utrzymująca się już od 3 miesięcy półmetrowa pokrywa lodowa, na pewno nie ułatwia rybom życia. Ciepły front atmosferyczny z zachodu pozwoli lodom stopnieć, a rybom ułatwi grupowanie się w przedtarłowe stada.
Tej zimy uległem namowom i dałem się zarazić bakcylem połowów podlodowych. Pierwsza wizyta w sklepie, zakup kilku mormyszek i niewielkich blaszek podlodowych. Wędki powstały ze szczytówek od pickera. Za rękojeść jednej z nich posłużyła mi stara, niewielka poziomica, co wzbudziło ogólne rozbawienie wędkujących kolegów. Żartowałem, że dzięki niej będzie mi łatwiej utrzymać równowagę na lodzie, co będzie oczywiście miało ogromny wpływ na ilość brań. Wędka ta była wyposażona w grubszą żyłkę 0,15 i służyła mi do łowienia na blaszkę. Drugą, bardziej delikatną wędkę wyposażyłem w kiwok, żyłkę 0,10 i mormyszkę.


Pierwsze kroki na lodzi postawiłem nad Siemianówką w grudniu 2002 roku. Były to kroki bardzo niepewne, bo jeszcze nie wiedziałem, na co mogę sobie pozwolić. Wiał silny wschodni wiatr, a na termometrze było -4*C. Gdy Paweł wywiercił pierwszą dziurę okazało się, że lód ma już ok. 30cm grubości. Poczułem się trochę pewniej. Krajobraz był iście księżycowy. Lód przy brzegu nie był płaski, lecz jego płaty były spiętrzone i wystawały z głównej skorupy na wszystkie strony. Wyglądało to jak ogromny, niejednolity kryształ z naroślami.
Złapałem za świder, jakie jednak było moje zdziwienie, gdy przystąpiłem do wiercenia pierwszej dziury. Wszystko szło nie tak jak trzeba; świder nie chciał stać pionowo, ręce uciekały gdzieś na boki. Mógłbym to porównać do pierwszej jazdy rowerem. Po kilkunastu próbach doszedłem jednak do jako takiej wprawy. Ubranie mnie nie zawiodło, z tej strony przygotowałem się solidnie. Kilka warstw "na cebulkę" spełniło swoje zadanie. Wszystko inne było jednak nie tak jak trzeba, pokraczne ruchy blaszką, brak przerw w podnoszeniu i opuszczaniu, za gruba żyłka. Tego wszystkiego dowiedziałem się jednak na kolejnych wyprawach..
Tego dnia dane mi było złowienie tylko 2 jazgarzy. Paweł miał o niebo lepszy wynik, bo mógł się pochwalić kilkunastoma okoniami i jednym szczupaczkiem.
Druga wyprawa miała miejsce 16 stycznia. Wiał porywisty wiatr z północy i pół dnia padał deszcz. Gdy dotarliśmy nad Siemianówkę, naszym oczom ukazała się jedna wielka, gładka tafla wody. Nagle ku mojemu zdumieniu zobaczyłem pędzący po tej wodzie samochód. Okazało się, że na 40cm lodzie jest 3-5cm warstwa wody. Wyglądało to bardzo efektownie, gdy samochód rozpryskiwał wodę na boki, a potem w pełnym pędzie zakręcał na hamulcu ręcznym. Jeden wielki plac zabaw. Powoli zacząłem dostrzegać innych wędkarzy i samochody ustawione na środku zalewu. Osobiście nigdy bym się nie odważył na wjazd autem na lód. Ryzykowanie utraty samochodu, a może nawet i życia - głupota!!!
Nie było nam też do śmiechu, gdy weszliśmy na mokry lód. Powoli, krok za krokiem, po kostki w wodzie, popełzliśmy na łowisko. Wiatr był tak silny, że gdy rozkładałem płaszcz przeciwdeszczowy, to działał on jak żagiel. Później patent ten stosowałem do poruszania się po lodzie. Dwa kroczki do przodu, rozłożenie płaszcza i jazda przez około 10 metrów. Do tej pory nie wiem, jakim cudem ani razu wtedy nie upadłem. Drobną pomocą okazała się echosonda. Lód był na tyle mokry, że nie było potrzeby wiercenia otworów by uzyskać odczyt; sygnał przebijał się przez lód. Mieliśmy dzięki temu dokładne odzwierciedlenie głębokości, układu dna, no i info o rybach pod nami.
Pierwszym problemem okazało się przenoszenie echosondy, gdyż oderwanie czujnika od wody powodowało, że odczyt "głupiał" i potrzebne było resetowanie. Najbardziej jednak dokuczał deszcz i wiatr. Otwory staraliśmy się wiercić tam, gdzie było mniej wody, bowiem wdzierała się ona pod lód, tworząc wir i wciągając pod lód wszystko co było dookoła, co skutecznie uniemożliwiało łowienie.
Prasa wędkarska podaje, że wiercenie otworów, czy też stukanie pierzchnią nie płoszy ryb. Guzik prawda, echosonda pokazywała duże ryby, zatrzymywaliśmy się, wierciliśmy otwór, a ryby znikały. Być może na głębszej wodzie nie miałoby to znaczenia, ale na 1,5m ma! Na pewno nie należy płukać świdra z śniegowej kaszki w przeręblu. Do wybierania resztek lodu trzeba posłużyć się kuchenną łopatką lub sitkiem. Bogatsi o te doświadczenia zaczęliśmy łowić więcej ryb. Efektem połowów było kilkanaście niewielkich okonków i dziesiątki jazgarzy. Bardzo wszystkich ucieszył okoń 70dag wyciągnięty przez Pawła, ja zaś mogłem się pochwalić garbuskiem 31cm.
Właśnie na tej wyprawie powiedziałem sobie, że wędkarstwo podlodowe nie jest wcale takie złe, wystarczy mieć dobry start, a później to już jakoś pójdzie.
Następna wyprawa nad Siemianówkę miała miejsce półtora tygodnia później. Pogoda oczywiście "pod psem", porywisty wiatr i zacinający śnieg. Przeręble zasypywane były średnio co 5 minut. Siedząc tyłem do wiatru, z czapką i kapturem na głowie, dało się jakoś wytrzymać.
Mormyszką i blaszką posługiwałem się już dość sprawnie, co oczywiście przyniosło efekt w postaci 6 okoni, w przedziale 18-28cm. Paweł złowił wtedy kilka kg ryby. Inny znajomy miał wyjątkowego pecha. Na pożyczoną mormyszkę, w drugim opuszczeniu miał branie, po zacięciu ryba zerwała żyłkę, po 5 minutach sytuacja się powtórzyła. Według mnie miał on zbyt sztywny kij, który zupełnie nie amortyzował ataków ryby. Widziałem też wędkarza, który łowił na blaszkę, krótką wędką spinningową o długości około 2m. Jakie miał efekty- nie wiem, ale wyglądało to komicznie.
Blaszka może wygrać z mormyszką rywalizację o skuteczność. Przekonałem się o tym 30 stycznia, oczywiście nad Siemianówką. Jedyny okonek, którego złowiłem tego dnia na mormyszkę, wziął w bardzo dziwnych okolicznościach. Zbliżyłem akurat zamarzniętą szczytówkę wędki do ust, by ciepłym powietrzem roztopić zgromadzony lód. W tym samym momencie nastąpiło gwałtowne branie. Wyholowany okonek miał 26cm. Pozostałe okonie złowiłem na 2,5cm blaszkę w kolorach miedzi i srebra. Opuszczenie do dna, poderwanie o około 20-30cm i powolny opad. Pozwalałem blaszce pozostać w bezruchu przez około 4-5 sekund i powtarzałem poderwanie. Brania następowały jedynie w czasie bezruchu blaszki, gdy zwisała ona bezwładnie na napiętej żyłce.
Paweł pokazał tego dnia klasę. Na swojej miejscówce wyjął na mormyszkę z ochotką, pięknego okonia 39cm - 1kg wagi. Emocje sięgnęły zenitu, gdy zaciąłem rybę, która wyciągnęła mi klika metrów żyłki z kołowrotka, niestety przy próbie podciągnięcia do powierzchni wypięła się. Jestem pewien, że miała ponad 1 kg. Znajomy stwierdził przy okazji, że profanacją jest używanie Stradica do połowów podlodowych, ale z braku innych mniejszych kołowrotków musiałem go używać. Przy okazji tych łowów sprawdziły się też wodery OP1. Na lodzie zalegała 20 cm warstwa śniegu, a szerokie podeszwy tych woderów bardzo ułatwiały mi chodzenie bez zapadania się.
Po dwóch tygodniach przerwy - kolejna wyprawa. Jest prawdziwa odwilż, słaby wiaterek, ciśnienie 1015HPa, temperatura +2*C. Świecące słońce potęgowało uczucie radości z przebywania nad wodą. Podczas takiej pogody łowienie staje się prawdziwą przyjemnością. Nikt z nas nie przewidział tego, że będzie aż tak słonecznie, więc nikt nie wziął okularów przeciwsłonecznych. Kilometry bieli jak okiem sięgnął i do tego ostre, jak na tą porę roku, słońce. To sprawiło, że na łowisko szliśmy ze zmrużonymi oczami, prawie po omacku. W miejscu połowu trafialiśmy dzięki uprzedniemu zaznaczeniu miejsca niewielkim bałwankiem lub wbitym w śnieg patykiem.
Gdy ryba brała dobrze, to nad Siemianówką spotkać można było grubo ponad setkę wędkarzy, nawet w środku tygodnia. Tym razem jednak, ku naszemu zdziwieniu, na lodzie było pusto, jedynie kilka osób rozproszonych po zalewie i miotających się, od dziury do dziury, w poszukiwaniu ryby.
Pierwsze opuszczenia mormyszek przyniosły brania niewielkich 10-15cm płoteczek i jazgarzy. I tak by było przez cały dzień, gdyby Paweł nie wyciągnął szczupaczka. W chwilę później Macinowi inny obciął mormyszkę. Badałem echosondą okolicę tego miejsca, ale na ekranie pokazały się jedynie stadka małych rybek. Zostawiłem zarzuconą wędkę, licząc na to, że coś się złowi "na lenia" i poszedłem pogadać z Pawłem. Po jakimś czasie coś zaczęło tarmosić kiwoczek, ale nie chciałem podchodzić żeby sprawdzić co to jest. W chwilę później nastąpiło mocne przygięcie całej wędki, a kołowrotek oddał trochę żyłki. Podbiegłem i wyjąłem przynętę. Na haczyku wisiał mały jazgarz ze zgniecioną głową noszącą ślady zębów szczupaka. Z ciekawości opuściłem martwą już rybkę do wody. Na wędce poczułem jak coś pod wodą chwyta przynętę i statycznie ciągnie ją do dna. Po delikatnej próbie podciągania, szczupak puścił jazgarza. Nie zależało mi na wyjęciu szczupaka, bo przecież są pod ochroną, ale ciekawość była silniejsza ode mnie. Opuściłem zaczepionego za mormyszkę jazgarza po raz kolejny i po raz kolejny nastąpiło branie. Coś niesamowitego, szczupak zimą atakuje 3 razy pod rząd przynętę. Oczywiście i tym razem nie udało mi się podciągnąć go do przerębla.
Nauczony doświadczeniem, przenoszę się do innej dziury, zacinam mała płoteczkę i pozostawiam ją na haku. Po 5 minutach następuje branie; u Pawła jest to samo. Mamy niezły ubaw patrząc jak szczupaki wyciągają żyłkę z kołowrotka, a gdy poczują większy opór - wypluwają zdobycz. To daje pewne doświadczenie na przyszłość. W sumie tego dnia, na przestrzeni 20m, mieliśmy około 15 brań szczupaków.


Następny wyjazd miał miejsce 28 lutego. Celem wyprawy były pobliskie stawy, w powrotnej drodze mieliśmy jeszcze w planach wywiercenie kilku otworów na zamarzniętym starorzeczu, na stałe połączonym z Narwią. Dzięki echosondzie miałem wreszcie możliwość sprawdzenia, jak głęboko jest na tych gliniankach. Łowiąc tam wcześniej ze spinningiem miałem namierzone najgłębsze miejsce, które wstępnie oceniałem na około 6m. Odczyt na sondzie pokazał dokładnie 8 metrów. Cóż, człowiek jednak może się mylić.
Stawy zupełnie zawiodły, więc szybko przenieśliśmy się nad rzekę. Lód był tu o wiele cieńszy i podczas chodzenia po nim wydobywały się z niego przeraźliwe trzaski. Gdy już usiadłem nad otworem, z sercem w piętach, pomimo tego że wody było tu tylko około metra, byłem gotów rozszarpać każdego kto przechodził w pobliżu. Porównując panujące tu warunki, do tych znad Siamianówki, mógłbym je określić krótko - mało komfortowe. Pękający lód o grubości 7-10cm, coraz nowsze rysy na jego powierzchni - to nie dla mnie. Na tafli spokojnie kręciło się jednak około 20 wędkarzy. Zgrupowani byli oni głównie w najgłębszym miejscu, na zakręcie starorzecza. Lód tam był jednak najcieńszy - około 5cm. Nie wiem jakim cudem żaden z nich się nie skąpał. Odsunąłem się od nich jak najdalej i na płytkiej wodzie zacząłem dłubać okonki, jazgarze i cierniki. Paweł w tym czasie wyjął 2 ładne jazie. Inni wędkarze mieli mizerne wyniki.
Przy obecnej pogodzie lód utrzyma się nad Siemianówką jeszcze do końca marca, ale ja już na dobre zacząłem myśleć o wiosennych pstrągach. O ile nie będzie gwałtownych roztopów i rzeki nie wystąpią ze swoich brzegów, to właśnie pstrągi staną się celem moich kolejnych wypraw. Wiedząc jednak, że ryby najlepiej biorą z pierwszego i z ostatniego lodu, być może uda się nam zorganizować jeszcze jedną wyprawę, na podlodowe ostatki.

ARTFISH

 

® Prawa autorskie zastrzeżone. Publikowanie i rozpowszechnianie zamieszczonych w tym serwisie zdjęć, grafik i opisów, bez wiedzy i zgody autora - wzbronione.
Copyright by Artfish