Ku przestrodze!!!

Grudzień płynął wolno i leniwie, tak leniwie jak leniwie toczyły swe wody Narew i Biebrza. Jedynie sztormowe wiatry znad morza i padający przelotnie śnieg przypominały, że jesień już za nami. Ptaki dawno odleciały, zwierzęta zmieniły futra na zimowe, a ryby zgromadziły się na zimowiskach. Bobry, korzystając z cieplejszych dni, nie niepokojone prawie przez nikogo, wychodziły ze swoich żeremi nawet w pełni dnia, by uzupełnić zapasy świeżych gałązek. Wszystko wokół zdawało się mówić "TO JUŻ GRUDZIEŃ", a ja ciągle nie mogłem uwierzyć, że ten rok tak szybko minął.
Sąsiedzi widząc mnie wychodzącego z wędkami, na dzień przed Sylwestrem, pukali się w czoło. Gdzie ty chłopie jedziesz, wiatr, pochmurno, zimno, siąpi, przeziębić się możesz? Ja tylko twierdząco potakiwałem głową, bo co, miałem zaprzeczyć? Przecież mieli rację! Na swoją obronę miałem tylko tyle, że to już ostatni raz w tym roku i więcej w 2004 na ryby się nie wybiorę. Zresztą "na ryby" to tylko z nazwy, bo ostatnie branie to miałem chyba w listopadzie, a kontakt wzrokowy z rybą to tuż przed wigilią? z karpiem. Święć Panie Wód nad jego duszą.
Równie przekorny jak ja okazał się być Paweł. Po szybkim rozważeniu wszystkich "ZA" i odrzuceniu "PRZECIW", dołączył do mnie na ostatniej tegorocznej wyprawie.
Późno już było, bo po 10.30, gdy dojeżdżaliśmy do Wizny. Gdybym nie wiedział co to jest "Jezioro łabędzie", to tak właśnie bym opisał to co zobaczyliśmy. Rzeka wezbrała i rozlała się leniwie po okolicznych łąkach. Miejscami widać było białe punkty, na tle szarego horyzontu. Po bliższym przyjrzeniu się im przez lornetkę okazało się, że są to nieme? łabędzie!
Na przydrożnych drzewach siedział jastrząb. Wypatrzył go Paweł, którego jednym z ostatnich zainteresowań jest ornitologia. Potem przyszedł czas na trznadle i rudziki. Nad samą rzekę nie dało się dojechać, więc 2 km przeszliśmy w woderach pieszo. Brodząc wśród zalanych łąk i dróg, po których jeszcze niedawno jeździłem samochodem, wypatrzyłem niewielkiego szczupaczka, który czym prędzej czmychnął i schronił się wśród traw. Dość daleko zapuścił się ten malec od rzeki, pomyślałem. W przyszłym roku, o ile nie zostanie na wiosnę skłusowany, na pewno zostanie królem jakiegoś starorzecza.
Starorzecza, właśnie one zaskoczyły mnie najbardziej. Pomimo tego, że mrozu nie było już od tygodnia, śnieg stopniał, a łąkami płynęła woda, one stały niewzruszone, pokryte cienką lodową skorupą.
Rzeka równo z brzegami, gdzieniegdzie przelewa się i ginie wśród łąk. Na przeciwległym brzegu jednocześnie dostrzegamy bobra. Dostrzegł on i nas, był bezpieczny, lecz chyba dla świętego spokoju skrył się w czarnych wodach Narwi.
Ryby po raz kolejny mnie zignorowały. W tym roku sandacze nieźle sobie ze mną pogrywały. Były nieczułe na wszelkie sztuczki. Podskoki, podciągnięcia, szarpnięcia nie przynosiły żadnych efektów. To samo ze zmianą koloru, kształtu i wielkości wabia. NIC!!! Dlatego też grudniowe wyjazdy, coraz rzadsze, zacząłem traktować dość sentymentalnie. Ot, żeby sobie kijem pomachać, z wprawy nie wyjść, pooddychać świeżym powietrzem, pochodzić po łąkach nad rzekami, zrobić kilka zdjęć, czasem nawet przystanąć i na chwilę się zadumać, może nawet czymś zachwycić. Grudzień potrafi zachwycić, porannym przymrozkiem, szronem na trawie, szadzią na drzewach, wschodem czy zachodem słońca. To właśnie dla takich chwil przyjeżdżałem nad wodę. Ryby były na drugim planie.
Właściwie już wracaliśmy do samochodu. Jeszcze ostatnie 2km przez zalane łąki i zamarznięte starorzecza. Właśnie lód i starorzecza - to wokół nich skupiła się nasza uwaga. Chcąc skrócić sobie drogę, już na końcu jednego z bajorek, postanowiliśmy przeprawić się górą - po lodzie. Wody ledwie za kolano, a grubość skorupy w porywach 3-4cm. Wchodziliśmy na lód, a on o ile nie od razu, to po kilku krokach załamywał się pod nami. Wpadaliśmy po kolei do wody i znów wdrapywaliśmy się na lodową taflę. Zabawa była przednia i na salwach śmiechu by się skończyło, gdyby nie pewien drobny incydent. Jeden niefortunny krok, może zbyt pewny jak na te warunki.

Scenariusz ten sam, kilka kroków po lodzie i cichy trzask. Podobny do tego, od którego ciarki idą po grzbiecie, gdy jesteśmy na środku jeziora zimą. Kilka rys na lodzie, przez które zaczyna wdzierać się woda. Lód zaczyna rozstępować się pod stopami, ucieka na boki. Tym razem padło na Pawła. Rozrzucił ręce na boki próbując utrzymać równowagę. Nogi zaczęły szukać oparcia, lecz śliski lód nie mógł im tego zapewnić. Jedna stopa ześlizgnęła się pod wpół przezroczystą taflę. Druga noga wygięła się nienaturalnie, ale ścięgna i kości wytrzymały. Lód pękał dalej, wokół rozbryzgi wody. Mieszanka strachu, adrenaliny i zaskoczenia. Ktoś kiedyś napisał "bez strachu nie było by odwagi". Ja mogę zmienić tę myśl i napisać, że - bez głupoty nie było by rozwagi.


Pawła wciągnęło pod lód, w miejscu gdzie wody jest zaledwie do kolana, on wpadł prawie po pas. Padając jedną ręką rozbijał kolejne fragmenty lodu, w drugiej ciągle trzymał wędkę.
W pewnym momencie przestaje się kontrolować ten proces, po prostu się spada. Nie można odskoczyć na bok, nie można tego zatrzymać, jest tylko jeden kierunek ruchu - pionowo w dół. Wszystko trwało 2-3 sekundy, ale ubranie zdążyło przemoknąć, a woda przelać się przez wodery. Temp 0*C i porywisty wiatr, takie warunki nie były nam na rękę. Pozostał jedynie szybki bieg do samochodu i zmiana ubrań na suche.

W domu, już na spokojnie, klatka po klatce przeanalizowałem całe nagranie z zajścia. Nie wspomniałem wcześniej, ale w trakcie przeprawy bawiłem się aparatem i na zmianę nagrywaliśmy nasze poczynania na lodzie. Powstało kilka ciekawych ujęć, które później połączyłem w 3 minutowy film. Wyszło coś w rodzaju zwariowanego programu z MTV pt.: "JACKASS". Dwóch wariatów bawi się, chodząc po cienkim lodzie (Jackass - wydanie regionalne).
Wnioski jakie z tego wszystkiego płyną - dzieci nie róbcie tego same w domu!!! Po pierwsze na lód zawsze wybierajmy się min we dwóch. Pomiędzy ludźmi powinien być zachowany odstęp min 5metrów. Miejmy przy sobie śrubokręt lub szpikulec, dzięki któremu wciągniemy się na lód i około 10m linki, którą będzie można rzucić by pomóc innym. Termos z ciepła herbatą i na wszelki wypadek pozostawione w aucie suche skarpetki i spodnie dresowe. Do tego jeszcze odrobina rozwagi i jakieś 10cm lodu pod nogami. To powinno zapewnić ten podstawowy komfort psychiczny i minimum bezpieczeństwa.
Właśnie rozwagi i samych pewnych kroków stawianych na twardym gruncie życzę w 2005 roku Wam oraz sobie.

ARTFISH

 

® Prawa autorskie zastrzeżone. Publikowanie i rozpowszechnianie zamieszczonych w tym serwisie zdjęć, grafik i opisów, bez wiedzy i zgody autora - wzbronione.
Copyright by Artfish