Trolujemy nad Siemianówką
W pierwszą sobotę lipca, wybrałem się z Pawłem nad Siemianówkę. Można
już łowić sumy, a co za tym idzie mieliśmy cichą nadzieję, że uda nam
się jakiegoś skusić do brania. Pożyczyliśmy silnik do łódki, zatankowaliśmy
paliwo i o 5.30 byliśmy już nas wodą. Przywitał nas ładny wschód słońca,
powoli wszystko budziło się do życia.

Podczas rozpakowywania się odkryłem, że w domu zostawiłem akumulatorek
od echosondy. Tak bardzo chcieliśmy namierzyć nowe stanowiska ryb i
stare koryto Narwi, a tu psikus. Zawsze musimy mieć jakieś przygody,
ale bez nich nie było by tak ciekawie.

Silnik zaskoczył prawie od razu. Paweł bawił się w sternika, a ja zająłem
miejsce na dziobie łodzi. Najpierw popłynęliśmy pod starą, sprawdzoną
wysepkę, gdzie zawsze mogliśmy liczyć na brania drapieżników.

W miejscu gdzie powinny stać okonie, nie mieliśmy ani jednego brania.
Już po tym wiedzieliśmy, że nie mamy co na nie liczyć dzisiejszego dnia.
Za to niewielkie szczupaczki zażerały dość agresywnie. Pierwszego zębacza
doczekałem się u szczytu wysepki, gdzie trzcinowy brzeg, przechodzi
łagodnie w piaszczysto - żwirowe dno, a 30 metrów dalej jest niewielkie
podwodne karczowisko. Po wypuszczeniu ryby, włączyliśmy silnik na najmniejsze
obroty i zaczęliśmy trollingować w stronę Dużej Wyspy. Każdy z nas trzymał
swoją wędkę w dłoni i ruchami w pionie korygował głębokość, na jakiej
znajdowała się przynęta ciągnięta za łódką. Przy wyspie kręciło się
około 5 łódek, prawie wszyscy łowili na trolling. Zaczęliśmy rzucać
w stronę wyspy i rosnących wokół niej trzcinowisk. W ciągu 15 minut
doczekałem się 3 brań. Jeden szczupaczek jakimś magicznym sposobem odpiął
mi przynętę z agrafki. Po zmianie na inną gumę, w kolejnym rzucie udało
mi się go złowić. Miał 48cm, a więc kolejny z powrotem do wody. Ryby
wyskakiwały z samego ziela. Osoby, które łowiły na otwartej wodzie,
nie miały najlepszych wyników. Uruchomiliśmy na powrót silnik i potrolowaliśmy
w stronę Cisówki. W tamtej okolicy jest niezliczona ilość trzcinowisk,
wzniesień z podwodną roślinnością i wypłyceń, na których powinny czaić
się szczupaki.

Płynąc wzdłuż pierwszego pasa roślinności, przy zmianie kursu łódki,
poczułem na kiju podwójne szarpnięcie. Zaciąłem, a dość toporny zestaw
pozwolił mi na siłowy hol. Szczupak 58cm wylądował po chwili w łódce.
Zrobiliśmy jeszcze jeden kurs przy roślinach i dalej już na wiosłach
wpłynęliśmy pomiędzy podwodne wyspy roślinności. Już w 5 rzucie Paweł,
przy podnoszeniu przynęty skusił do brania szczupaka 55 cm, w kilka
chwil później w podobny sposób dołowił jeszcze jednego, a podobnej wielkości
zebacz spiął się po efektownym wyskoku nad powierzchnię.
Po kolejnej zmianie miejsca przyszedł czas i na mnie. Na delikatniejszym
zestawie, zaciąłem w zielu sporą rybę. Próbowała schronić się pod łodzią,
ale miękki kij wspaniale zamortyzował jej atak. W kilka chwil później
grubiutki szczupak 60cm trafił do podbieraka.

Kręciliśmy się jeszcze około godziny, ale bez specjalnych efektów.
Chcieliśmy znaleźć podwodne górki na środku zalewu, ale bez echosondy,
przy obecnym stanie wody, okazało się to niemożliwe. Powolutku trollingując
spłynęliśmy do brzegu. Pod drodze obserwowoaliśmy przez lornetkę zawody
żaglówek. Od kilku lat rozgrywane są tu Grand Prix zaliczane do klasyfikacji
MP. Pozostało jeszcze dotransportowanie całego sprzetu na brzeg i powrót
do domu.

Nie złowiliśmy suma, ani okonia, widocznie nie był to ich dzień. Szczupaki
za to brały znakomicie, zarówno w klasyczny sposób, jak i na trolling.
Wniosek, po całym dniu pływania nasunął się nam taki, że trzeba co pewien
czas zmienić kurs i szybkość prowadzenia łodzi. Prowokuje to znakomicie
ataki drapieżników. Nie trzeba tez trzymać się usilnie starych sposobów,
miejsc i przynęt. Warto eksperymentować i szukać ciągle nowych łowisk,
a na pewno przyniesie to wymierne efekty w postaci ryby na kiju.