Gdzie bobry - tam pstrąg dobry!

W nocy nie spałem za dobrze. Kilka razy budziłem się z bliżej nieokreślonym lękiem. Za oknem huczał wiatr, a okiennice trzeszczały złowieszczo. Wydawało mi się, że lada chwila mogą zostać wyrwane razem z framugami. Kabel sieciowy, co raz stukał o ścianę bloku - klap, klap, klap... W czasie takiej pogody ludzie stają się dziwnie pobudzeni, agresywni. Tak silny wiatr przynosi zazwyczaj ze sobą nie tylko zmianę pogody. Podczas halnego np. wzrasta ilość samobójstw, wyją wilki, wszystkim "rzuca się na głowę". Na szczęście ten wiatr nie wiał od gór, lecz z zachodu. Powoli się uspokajałem, po chwili przyszedł głębszy sen.
Wstałem przed ósmą, w końcu to niedziela i trzeba było się wyspać. Kanapki, termos z herbatą, pudełko woblerów i obrotówek lądują na dnie plecaka. Wędka i kołowrotek z dobrą żyłką, jak zwykle gotowe do akcji - te elementy zestawu nie mają prawa zawieść.
Jedziemy z Pawłem nad jedną z naszych pstrągowych rzeczułek, by zainaugurować sezon 2005. Wiatr nie osłabł ani na chwilę, zdaje się wręcz przyspieszać i dmuchać ze zdwojoną siłą. Samochód miota się po drodze, noszony na boki falami jego uderzeń.
Nad wodę docieramy około 10.00. Chwilami zza chmur wygląda słońce. Wiążemy zestawy - ja będę łowił na wobler PIKE'a, Paweł na Dorado - i schodzimy w dół doliny, którą płynie rzeka. Drzewa nad naszymi głowami kołyszą się złowieszczo, ale ich pnie i konary stanowią dość dobry wiatrochron, tylko czy aby bezpieczny?!! Co chwilę bowiem, do wody i wokół nas sypią się drobne gałązki.

Idąc wzdłuż brzegu widzę nurkującą niemrawo żabę! Niesamowite, ciepły styczeń sprawił, że obudziła się z zimowego letargu. Od razu pomyślałem o gumowych imitacjach, które niestety pozostały w domu. Paweł idący drugim brzegiem rzeki, wypłasza stadko kuropatw, a mi spod nóg wyskoczył zając. Woda w rzece jest lekko trącona po ostatnich opadach, a grunt miękki. Miejscami zapadam się za kostki w błotnistym poszyciu leśnym.
Paweł już w trzecim rzucie zapina bardzo ładnego pstrąga 36cm. Wziął mu w typowo wiosennej miejscówce, na przewężeniu rzeki, gdzie nurt odrobinę przyspiesza i wymywa głębszą rynnę. Nie zdążyłem nawet wyjąć aparatu, by zrobić zdjęcie z holu, a pstrąg był już na brzegu. Fiknął tylko kilka młynków na powierzchni. W tak wąskiej rzece nie możemy sobie pozwolić na finezję podczas holu, bo ryba od razu wskoczyłaby w zawady. Dlatego też nie używamy żyłki cieńszej niż 0,18-0,20mm.
Już na brzegu kropkowaniec pluł niczym innym, jak tylko? żabami. Była to piękna samica, po której nie było widać oznak zmęczenia niedawnym tarłem. Jeszcze jedna rzecz zwracała uwagę - ryba była wyjątkowo ciemna. O okoniach w tym kolorze mówi się - torfowe, a jak nazwać ciemnego pstrąga?

Przesuwaliśmy się dalej w dół rzeki, pokonując drobne dopływy, niewielkie bagienka, zeszłoroczne suche kikuty pokrzyw - sięgające nam do ramion. Przeskakiwaliśmy przez bobrowe jamy, chowaliśmy się za drzewami by móc oddać niepostrzeżenie rzut lub wypuścić wobler w pobliże obiecującej miejscówki. Przechodziliśmy przez zwalone drzewa i uważaliśmy, by nowe nie spadło nam na głowy. Pstrągowanie potrafi być bardzo wyczerpujące.

Dotarliśmy do miejsca, gdzie rzeka wyraźnie zwolniła. Wszędzie było widać wydeptane ścieżki, a na nich ślady małych łapek. Za zakrętem, naszym oczom ukazała się niewielka, ale już piętrząca wodę, tama bobrów. Przed zaporą Paweł w kilku rzutach miał 3 brania pstrągów, jednak żaden z nich nie zapiął się na kotwiczce. W zwarach poniżej - kolejne branie - istne eldorado.
Schodzę 20m w dół rzeki i wypuszczam swój wobler z prądem, cały czas wierząc w jego skuteczność. Powolutku zaczynam ściągać go do siebie, co chwilę zatrzymuje i pozwalam nurtowi znieść go pod brzeg, gdzie znajduje się najgłębsza rynna. Gdy wobler znalazł się około 5 metrów od mojego stanowiska, nastąpiła istna eksplozja. Targnięcie wyprostowało mi rękę w łokciu, a po chwili pod powierzchnią błysnął mi pstrąg, pewnie zapięty za środkową kotwiczkę. Młynkował jeszcze chwilę pod powierzchnią, lecz dość brutalnie zakończyłem hol wyrywając go z wody na wędce. Był to samiec o długości 39cm i równie ciemnym ubarwieniu jak pierwszy pstrąg Pawła.

Po przejściu kilkuset metrów, w pobliżu niewielkiego mostu drogowego, spotkaliśmy wędkarza. Spalił jedną z lepszych miejscówek łapiąc zaczep i próbując się z niego później uwolnić. Robił przy tym dużo hałasu i zamieszania, które z pewnością wypłoszyło pstrągi w odległości kilkudziesięciu metrów. Pozdrowiliśmy się i zapytaliśmy o wyniki. Przybysz łowił na obrotówkę i nie miał jeszcze żadnego brania.
Po krótkim namyśle postanowiliśmy zmienić miejsce. Podjechaliśmy kilka km w dół rzeki. Tu wyraźnie było widać, że jej poziom obniżył się w ostatnim czasie o prawie 40cm. Na łąkach i nadbrzeżnych krzakach wisiały naniesione przez wodę trzciny. Po raz kolejny wypuściłem wobler z prądem. Po pierwszym przeciągnięciu miałem wrażenie, że coś delikatnie trąciło przynętę. W drugim rzucie, na wędce zawisł niewielki szczupaczek. Za kolejnym mostkiem woda rozlała się po łące. Stało się to za sprawą bobrów, które nieopodal zbudowały swoją tamę. Bobry o tej porze roku mają grube, ciemne futro. Gdy polubią jakieś miejsce, nic nie jest w stanie ich stamtąd ruszyć. Jeśli są niepokojone za dnia, chowają się do swoich żeremi i nie wystawiają nawet nosa. Na żer wychodzą grubo po zmierzchu, czasem nawet przedłużają ucztowanie do północy. Drugi raz pożywiają się jeszcze przed świtem. Jeśli jednak okolica jest spokojna, to potrafią przebywać poza żeremiem prawie cały dzień. Właśnie na rozlewisku przed takim bobrzym domkiem, zaciąłem drugiego pstrąga. Hol był dość długi, bo branie nastąpiło jakieś 30metrów od miejsca, w którym stałem. Był w znakomitej kondycji i pięknie walczył kreśląc ósemki pod powierzchnią.
Paweł miał wyjście szczupaka za woblerem, jednak atak był chybiony. Zaczęło zmierzchać, bowiem dochodziła powoli 15.00. Wiatr przybrał na sile i zaczął siąpić deszcz. Miałem wrażenie, że wysokie krecie kopce zostaną zrównane z ziemią przez szalejącą wichurę. Podobno, jeśli kopce są wysokie, to będzie sroga zima. Czyżby zwierzęta o czymś wiedziały? Gdyby tylko potrafiły mówić... Jak na razie pozostaje cieszenie się wiosenno - marcową pogodą.
Było już prawie ciemno, gdy zaciąłem swojego trzeciego dziś, wymiarowego, pstrąga. Wziął na półtora metrowym przewężeniu rzeki.
To był mój dzień, chociaż nic tego wcześniej nie zapowiadało. Początkowo nie mogłem bowiem wczuć się w pracę przynęty i odpowiednio jej poprowadzić. Jednak po pierwszym kropkowańcu wszystko minęło, jak ręką odjął. Najwięcej brań mieliśmy w miejscach, gdzie bobry porobiły swoje tamy. Tych miejsc trzyma się drobnica, a za małymi rybkami przypłynęły też pstrągi.
Wydaje mi się, że ryby żerowały tak dobrze, pobudzone huraganowym wiatrem wiejącym z zachodu. Jak wspomniałem we wstępie, wszystkim "rzuca się wtedy na głowę". Tak czy inaczej, drzwi do sezonu spinningowego 2005, uważam za szeroko otwarte.

 

ARTFISH

 

® Prawa autorskie zastrzeżone. Publikowanie i rozpowszechnianie zamieszczonych w tym serwisie zdjęć, grafik i opisów, bez wiedzy i zgody autora - wzbronione.
Copyright by Artfish