PODLODOWE ŁOWY
Wahałem się, przyznaję. Cały wieczór miałem obiekcje
przed tym wyjazdem. Cała Polska zasypana śniegiem, nieprzejezdne drogi.
Komunikaty radiowe i telewizyjne nie zapowiadają weekendowej sielanki.
Dzień i noc sypie śnieg i wieje wiatr, który zasypuje drogi. Jednak
jedziemy, o świcie, o szarówce jeszcze, by powalczyć z naturą, na
przekór wszystkiemu.
W tym roku nie łowiłem jeszcze z lodu, chęć wyjazdu była u mnie tym
silniejsza.
Po drodze, przed Izbą Celną w Siemianówce trafiamy na TIR'a którego
ściągnęło do rowu. Kierowcy nie widać, zapewne poszedł wezwać pomoc
drogową.

Szuflą odgarniamy śnieg z pobocza by móc zaparkować
samochód. O dojechaniu na parking można tylko pomarzyć, bo na drodze
dojazdowej leży około 40cm mokrego śniegu.
Po rozłożeniu świdrów udajemy się na nasyp kolejowy przecinający zalew
Siemianówka. Szczyt nasypu nie jest tak mocno zaśnieżony, jak teren
obok i możemy w miarę szybko się przemieszczać. Nasyp ten przecina
zbiornik dzieląc go na tzw. Małą i Dużą Siemianówkę. Jeżdżą tędy transporty
towarowe z i na Białoruś. W okolicy mostu (przesmyk pomiędzy zalewami)
mijamy jeden z takich składów.

Na lód wchodzimy w okolicy 3 słupa licząc od mostu.
Słupy są na tym zbiorniku dość dobrym punktem odniesienia. Mówi się
np. "dziś brało na wysokości 10 słupa od Cisówki, w połowie drogi
do Dużej Wyspy" i wszyscy wiedzą o co chodzi ;)
Śnieg jest mokry i trochę utrudnia chodzenie, leży go około 25cm.
Paweł wierci kontrolnie jedną dziurę by sprawdzić grubość lodu. Diagnoza
pomyślna, 30cm twardej skorupy utrzyma na pewno nasze wspólne 150kg.

Oddalamy się od nasypu o około 500m i zaczynamy łowienie.
Ja tylko na blaszkę, a Paweł tyko na mormyszkę. Wiercimy, chodzimy,
łowimy, odśnieżamy, przenosimy się, wiercimy, dalej próbujemy łowić,
tylko że nic nie bierze. No może za wyjątkiem 3 jazgarzy, które wyjmuje
Paweł. Ja pędzę w stronę niewielkiej trzcinowej wysepki, przy której
latem łowiłem sporo okoni. Wiercę otwór jakieś 5m od jej szczytu i
opuszczam blaszkę. Głęboko nie jest, razem z lodem nie więcej jak
1,2 metra. Opuszczam niewielką blaszkę podlodową na dno, szybkie poderwanie,
ponowne opuszczenie i przytrzymanie 10cm nad dnem. Pyk, kiwoczek delikatnie
zadrgał i pokłonił się ku wodzie. Zaciąłem z wyczuciem i po chwili
wyholowałem malutkiego okonka. Kolejne opuszczenia przyniosły kolejne
ryby, niestety w mikroskopijnych wymiarach. Po piętnastym okonku postanowiłem
zmienić miejsce.
Paweł w tym czasie dołowił kilka jazgarzy i około 4 pasiaczków.

Pogoda była zmienna, początkowo padał śnieg, tak gęsty,
że aż zawiewało dziury. Potem wyszło słońce, następnie znów się zachmurzyło
i odrobinę popadało. Cały czas wiał silny wiatr.
Założyłem na hak mojej przynęty kilka ochotek, efekt był natychmiastowy.
Wyholowałem kolejnego okonka o długości 8cm, porażka. W kolejnym opuszczeniu
coś zaatakowało odrobinę agresywniej. Po chwili w przerębli błysnęła
wymiarowa płotka. Pierwsza i ostatnia, a na dodatek największa ryba
dnia.

Wyszło słońce, wiatr się uspokoił i ogarnęło nas błogie
lenistwo. Zaczęło się robić aż nazbyt ciepło. Nie przewidzieliśmy
takiego obrotu sprawy. Ubrani na cebulkę byliśmy przygotowani na walkę
z wiatrem i mrozem, a nie z prażącym słońcem. O godzinie 13.30 złożyliśmy
sprzęt i wróciliśmy do Białegostoku.