ŚNIARDWY ZIMĄ

Podniosłem leniwie powieki, ciężkie, po kilku godzinach snu wręcz ołowiane. Za oknem ciemno, niebo rozjaśnione jedynie poświatą księżycową. O trzeciej nad ranem wszystko wydaje się być wymarłe. Światła w oknach bloków są pogaszone, nie słuchać ekip odśnieżających, bo śnieg się właśnie sam roztopił. Ta pora jest zbyt wczesna nawet dla właścicieli psów, nie mówiąc już o samych czworonogach, które zapewne śnią w najlepsze o wielkiej kości, schabie czy też worku psich chrupków.
Uchyliłem okno, do pokoju wpadł podmuch świeżego, nieomalże wiosennego powietrza. Pierwsza od dawna noc bez przymrozków. Trzeba wykorzystać czas, kiedy można jeszcze wejść bezpiecznie na lód. Jedziemy z Markiem i Jackiem na Śniardwy. Jak wieść niesie bierze ładna płotka, a może przy okazji odwilży ruszy się też okoń?
Droga jest sucha i pusta. Po drodze do Ełku nie mijamy prawie żadnych pojazdów. Na stacji benzynowej zaopatrujemy się w licencje. Pomimo wczesnej pory sympatyczna i ładna pani zza kasy nie wykazuje żadnego zdziwienia. Trzy licencje? - trzydzieści sześć złotych proszę. Zapewne wędkarze odwiedzali ją tu już nie o takich godzinach. Po krótkim postoju ruszamy dalej.


Pierwszy wiosenny poranek

Wschód słońca zastaje nas nad brzegami największego polskiego jeziora. Drugiego brzegu nie widać, linia horyzontu ginie gdzieś w oddali rozrzedzona poranną mgiełką. Pusto, cisza i spokój, tylko rozkrzyczane ptaki dają o sobie znać. Wzdłuż brzegów widać ślady traktorów, które zwoziły pościnaną trzcinę. To już ostatni gwizdek dla zbieraczy, wkrótce lód stanie się zbyt kruchy. Jacek z Markiem idą na czuja w sobie tylko znanym kierunku. Po kilkuset metrach dochodzimy do miejscówki zaznaczonej? puszką po piwie. Widać ślady nęcenia i świeżo wierconych dziur.
Robimy własne odwierty i opuszczamy przynęty. Te zaś opadają i opadają... malutka mormyszka zawieszona na żyłce 0,10 na 6 metr dociera dopiero po dłuższej chwili. Nie zdążyłem się jeszcze porządnie skupić, a koledzy wyciągają już po pierwszej rybie. Ponad 20cm płotki holowane ze sporej głębokości przepięknie walczą. Postanawiam opukać dno niewielką blaszką podlodową. Po kilku ruchach coś delikatnie wygięło kiwoczek. Z zapałem holuję rybę do powierzchni, lecz zamiast spodziewanego okonia, na lodzie melduje się ładna płotka.


Jacek w akcji

Nie mogąc się zdecydować, czy łowić na blaszkę czy na mormyszkę tracę trochę czasu. Marek z Jackiem mają już po 30 płoci, a ja męczę się ze swoim niezdecydowaniem śrubując swój wynik do magicznej liczby 5 sztuk.
Wygrała mormyszka, złoto - srebrna łezka z nawleczonymi trzema, czterema ochotkami. Po każdym opuszczeniu na wędeczce melduje się płotka, od czasu do czasu niewielki okonek.

Temperatura rośnie z minuty na minutę, bez problemu mogę łowić bez rękawiczek. Lód podgrzewany promieniami słońca zaczyna potężnie trzaskać. Huk słychać najpierw z oddali, coś jakby przetaczająca się burza. Pod stopami daje się wyczuć tąpnięcia lodu, a woda w przerębli za każdym razem faluje. Pomimo, że lód ma około 35cm grubości, to pojawiające się coraz to nowe rysy nie napawają optymizmem. Po pół godzinie przyzwyczajam się do trzasków, pohukiwań, jednak gdy lód pękł w poprzek dziury nad którą akurat siedziałem, odskoczyłem. To było silniejsze ode mnie. Do 10.00 znikła centymetrowa warstewka śniegu, która zalegała na lodzie. Robiło się coraz cieplej i cieplej...


Marek w akcji

Rybki przestały skubać już takim zapałem jak rano, więc postanowiliśmy zmienić miejscówkę i poszukać ich na płytszej wodzie. Przeszliśmy kilkaset metrów dalej, na spadek. Wokół blacik o głębokości 2 metrów, a kilkanaście metrów dalej już około 5m. Łowię na głębokości około 4 metrów, co chwile wyciągając płotki w rozmiarz18-28cm. Koledzy rozlokowani na płytszej i na głębszej wodzie nie mają zbyt dobrych wyników. Po godzinie postanawiają wrócić na poprzednie miejsce. Ja pozostaję, cały czas obławiając swój "magiczny dołek".
Płotka, płotka, niewielki okonek, który tak jak poprzednie wraca do wody. Dziś poluję tylko na białoryb. Żeby nie tracić czasu na kręcenie kołowrotkiem i nie mieć później problemów z odmierzeniem głębokości na której biorą ryby, holuję je ręcznie, wybierając żyłkę na lód.
Po kolejnym braniu znów złapałem za żyłkę, lecz nie dałem rady podnieść ryby z dna. Do holu musiałem użyć wędki i kołowrotka. Po kilku odjazdach pod przeręblem zobaczyłem mięsisty pyszczek sporego leszcza. Próbowałem kilka razy wprowadzić go do dziury, ale nie chciał się zmieścić. Przez chwilę wahałem się czy włożyć rękę do wody i złapać go za głowę, a gdy się zdecydowałem, było już za późno. Zdołałem go jedynie pogłaskać po grzbiecie w momencie, gdy się wyhaczał.
Kontynuowałem łowienie, cały czas myśląc o rybie która gdzieś sobie odpłynęła. Na dodatek na prawie pół godziny przepłoszyła mi inne potencjalne zdobycze z łowiska. Wyjąłem termos i zjadłem kanapki. Słońce schowało się za chmurami i zaczął siąpić deszczyk. Nie trwało to długo, ale nie było już tak przyjemnie jak o poranku.
Znów zacząłem łowić płocie. Brały seriami, 5-7 sztuk jedna po drugiej i 5-10 minut przerwy. Po kilku rybkach znów przyciąłem coś większego. Nie spieszyłem się z holem, a cienka żyłka nie pozwalała mi na siłowe rozwiązania. Pod powierzchnią znów błysnął mi leszczowy ryjek. Tym razem ni wahałem się ani przez chwilę. Ręka po łokieć powędrowała do dziury i tam po omacku złapałem leszcza za głowę. Jakoś udało mi się przeciągnąć go przez otwór. Na takie coś czekałem, uśmiechnięty od ucha do ucha zadzwoniłem do kolegów by pochwalić się wynikami.

Po mniej więcej godzinie sytuacja powtórzyła się, mocniejsze targnięcia na wędce i kolejny leszcz zameldował się na lodzie. Po chwili dołowiłem jeszcze jednego. Po tej serii brania urwały się, więc postanowiłem dołączyć do ekipy.
Akurat podeszło do nich stado płoci i każde opuszczenie mormyszek kończyło się holem kolejnej ryby. Dołowiłem sobie jeszcze kilka sztuk i zwinąłem sprzęt. Emocji i ryb miałem już dość, więc tylko patrzyłem jak "pracują" inni.
Gdy o 15.00 schodziliśmy z lodu, na nasze miejsce szło dwóch miejscowych chłopaków. Do wieczora na pewno nałowili ryb na porządny obiad dla całej rodziny.
Przed napisaniem tego tekstu deklarowałem, że będzie to ostatni wyjazd na lód, ale po obejrzeniu prognozy pogody nie jestem już tego taki pewien. Idzie bowiem ochłodzenie, a lód jak trzymał, tak trzyma :)

 

ARTFISH

 

® Prawa autorskie zastrzeżone. Publikowanie i rozpowszechnianie zamieszczonych w tym serwisie zdjęć, grafik i opisów, bez wiedzy i zgody autora - wzbronione.
Copyright by Artfish