TYDZIEŃ PSTRĄGA
13.04.2005
Większe rzeki są jeszcze rozlane, ale to nie jest takie
ważne, bo niewielkie pstrągowe wody zdążyły już opaść. Korzystam z
tego jak mogę i pierwszy dzień urlopu poświęcam właśnie na odkurzenie
pstrągowych woblerów i odwiedzenie tych na nowo odkrytych miejsc.
W powietrzu czuć już było wiosnę, czuć i słychać, bo tysiące żab przeskakiwało
z kępy na kępę głośno przy tym rechocząc. Gdy podszedłem bliżej wody,
to zaczęło być to nawet uciążliwe, no bo jak tu złapać rybę, kiedy
z półmetrowej skarpy skacze nagle do wody kilkanaście żab. Chlupotu,
co nie miara, a z pewnością i ryby patrzą już na to podejrzliwie.
Wydłużyłem długość rzutów woblerkiem i jakoś zacząłem sobie radzić.
Teren był jeszcze nasiąknięty wodą, ale nie musiałem brodzić po kolana
w wodzie i to mnie ucieszyło.

Kilka kilometrów, które przeszedłem wzdłuż rzeki zaowocowało
kilkoma braniami i czterema niewielkimi pstrążkami w przedziale 28-33cm.
Pod koniec wędrówki, gdy rzeka zbliżyła się do lasu, zobaczyłem mieniące
się w słońcu błękitne kwiatki. Nie wiedziałem nawet jak one się nazywają,
ale zrobiłem im kilka zdjęć. Po powrocie do domu usiadłem do Internetu
i wyszło mi na to, że są to przylaszczki.

Nad wodą zostałem do samego wieczora i wracając mogłem podziwiać piękny
zachód słońca. Na horyzoncie przemknął rudy lis, a nad głową przeleciał
klucz żurawi. Wiosna nad wodą jest po prostu piękna?
14.04.2005
Ta sama rzeka, tylko o kilkanaście kilometrów wyżej,
w swoim środkowym biegu. Słońce rozrzedzone kłębiastymi chmurami nie
świeci tak intensywnie. Idę spory odcinek pod prąd, po czym będę schodził
rzucając woblerami w ciekawszych miejscach. Po naniesionych przez
wodę trzcinach widać, że poziom rzeki obniżył się po wiosennych roztopach
o prawie półtora metra. To dużo, jak na taki mały ciek wodny.
Z pobliskiej wioski biegnie do mnie, głośno ujadając sfora kundli.
W kieszeni mam na takie zdarzenia przygotowany gaz pieprzowy. Nie
musiałem jeszcze nigdy z niego korzystać, a i tym razem skończyło
się na obszczekiwaniu i obwąchaniu nowego przybysza - czyli mnie.
We wlewie mam pierwsze branie, ryba jednak nie chce powtórzyć. Pod
zwalonym do wody drzewem do mojej przynęty startuje pstrąg troszkę
ponad 30cm. Przedzieram się przez trzciny i wypuszczam wobler na zakręcie
z żwirowym dnem. Rzut po rzucie łowię pstrągi 28 i 30cm. Prostka poniżej
przynosi mi jeszcze jednego kropkowańca. Potem długo, długo nic?
Przechodząc pomiędzy wyschniętymi łodygami roślin muszę cały czas
uważać, bo wszędzie pełno jest kleszczy. Gdy tylko wyczuwają, że się
zbliżam od razu rozpościerają szeroko swoje nóżki i próbują się zaczepić.
Na szczęście od razu odpadają z woderów, a wyżej rzadko który przesiaduje.

Spotykam pstrągarza, nie ma dziś specjalnie dobrych
wyników. Rozmawiamy o rybach, o rzece. Przerzucamy sobie co ciekawsze
przynęty, wymieniając się uwagami. Okazuje się, że łowimy w prawie
tych samych miejscach na podobne wabie. Nowo poznany znajomy zachęca
mnie do zakupu uwalniacza do przynęt. Przy połowie na wobler na pewno
dobra rzecz, warto będzie nad tym pomyśleć.

Udaję się dalej w dół rzeki. Kilka niewielkich polnych
dopływów sprawiło, że zmieniła ona swój charakter. Stała się szersza
i głębsza. Na wyjściu z zakrętu mam bardzo energiczne branie. Od razu
po zacięciu ryba wyskakuje ponad pół metra w górę, kręcąc młynki.
Żaden pstrąg jeszcze tak zajadle nie walczył, coś wspaniałego!!! Po
niezbyt długim, ale jakże emocjonującym holu pstrąg 39cm ląduje na
brzegu. Piękne ukoronowanie całodziennych łowów. Rzucam jeszcze godzinę,
ale gdy przychodzi deszczowa chmura chowam się do auta i kończę łowienie.
15.04.2005
Zaczynam dzień bardzo spokojnie. Inna rzeka, inne miejsca,
lecz cel wyprawy ten sam - pstrągi. Pierwsze rzuty woblerem malowanym
w kropki przynoszą mi pstrążka 15cm. Na końcu prostki mam 2 brania,
ale nic się nie zacina. Przytrzymuję wobler w nurcie przed zakrętem
i czuję jakieś delikatne zassanie. Już wiem, że to nie będzie pstrąg.
Targnięcia są bardziej monotonne, jednostajne. Nagle z wody wyskoczył
około kilogramowy szczupak. Targnął na boki łbem i tyle widziałem
mojego ulubionego pstrągowego woblerka, którego nie udało mi się urwać
przez 3 lata. Niepowetowana strata.

Przeszukałem pudełko z woblerami i znalazłem inną przynętę
malowaną w kropki. Wobler odrobine bardziej pękaty, o żywej i agresywnej
akcji. Pierwszy rzut nim, przynosi mi rybę w postaci szczupaczka o
długości około 35cm. No to mam nowego killerka, szkoda że na szczupaki?!!
Dwa zakręty poniżej przeprowadzam wobler w poprzek rzeki, zmieniam
tor prowadzenia przynęty przez przełożenie wędki na drugą stronę i
w tym momencie następuję mocne branie. To pstrąg 39cm zaatakował mojego
nowego wabia. Uwielbiam holować pstrągi, żadna inna, znana mi ryba
nie walczy w taki sposób jak one.
Kolejny prosty odcinek i kolejne branie. Jestem mile zaskoczony, bo
nie spodziewałem się aż tylu kontaktów z rybami. Woda jest zmącona,
niesie sporo osadów i drobnych patyczków, które czepiają się do kotwiczek.
Co kilka rzutów muszę oczyszczać je z nich, bo uniemożliwiają prawidłową
pracę przynęty.

Znów przerzucam przynętę pod nawisy z trzcin na drugim
brzegu, kilkanaście metrów poniżej swojego stanowiska i powoli ściągam
ją do siebie. Energia z jaką uderzają pstrągi jest zadziwiająca. Kropkowaniec
około 40cm spina mi się pod samymi nogami, kolejny rzut przynosi mi
pstrąga 43cm, a trzeci - szczupaka około 1,5kg, który po wyślizgu
na trzciny również spina się. Mam tego dość, zmieniam w woblerze kotwiczki
na większe. Czwarty rzut i pstrąg około 30cm uderza w wobler. Jestem
w ciężkim szoku, takiej kanonady to nie pamiętają nawet najstarsi
górale. Nie będę opisywał kolejnych holów i kolejnych ryb, ale było
ich na prawdę dużo.

Wieczorem wszystko się wyjaśniło, przyszły ciemne burzowe
chmury, zaczęło błyskać i grzmieć. To przed pierwszą wiosenną burzą
tak wyśmienicie żerowały ryby. Taki dzień to rzadkość, a mi się udało
go w pełni wykorzystać.
16.04.2005
Próbuję iść za ciosem i złapać kolejnego wielkiego pstrąga,
ale tym razem woda nie jest dla mnie tak łaskawa. W pobliżu starorzecza
mam bardzo mocne branie, którego nie udaje mi się zaciąć. Kolejne
kilkanaście obłowionych zakrętów przynosi mi 2 pstrągi - 32 i 35cm.
Bez rewelacji, ale i tak jestem zadowolony, bo poprzednie sezony nie
darzyły mnie często takimi rybami.

17.04.2005
Potrzebuję odrobiny odmiany. Umawiam się z Marcinem,
że pojedziemy nad Siemianówkę by połazić po płyciakach za karasiem.
Zestawy oczywiście typowo spinningowe. Przynęty to najmniejsze twisterki
i obrotówki o rozmiarze max 1 (jedynka).
Pół godzinychodziliśmy po zalanych łąkach, zanim udało nam się namierzyć
stadko przyzwoitych karasi. Przyzwoitych tzn rozmiar siemianówkowy
- mniejsze niż 1kg się nie liczą. Woda była podniesiona a ryby buszowały
w zalanych trawach i trzcinach. Słychać było cmoknięcia i widać było
wiry, które robiły ryby pod powierzchnią, ale o podejściu do nich
na odległość rzutu mogliśmy tylko marzyć.

Po południu ociepliło się i coraz więcej karasi wychodziło
na płytką wodę. Kilka tak się zaaferowało żerowaniem, że stanąłem
nad nimi na odległość 3 metrów, czyli na wyciągnięcie wędki. Nie za
bardzo mogłem rzucić obrotówka, bo zaraz zaczepiała się o rośliny,
ale spróbowałem opuścić rybie przynętę na pysk. Powoli dotknąłem obrotówką
wody, a karaś podpłynął do powierzchni i ją wessał do pyszczka. Zapewne
myślał, że to jakiś motylek. Hol półtora kilogramowej ryby na płytkiej
wodzie i dwu metrowej żyłce dostarcza niezapomnianych wrażeń. W ten
sam sposób udało mi się podejść jeszcze 2 karasie, a kolega Marcin
miał podobne rezultaty. Kilka ryb spięło się nam podczas holu oplątując
przynętę wokół trzcin. Inny znajomy, który też łowił w tym czasie
nad Siemianówką, nie był zbyt zadowolony, bo udało mu się złowić jedynie
niewielkiego karasia. Gdy go nam pokazał, to karaś okazał się być
ponad pół kilogramową wzdręgą :)
Podczas łowienia, przez ponad dwie godziny towarzyszyła nam krówka.
Weszła sobie do wody i moczyła ogon i wymiona. Może też chciała złowić
jakiegoś karasia? Cierpliwości jej na pewno nie brakowało.
Kończąc łowienie obrzucaliśmy zalaną teraz drogę. W wyjeżdżonych koleinach
Marcin złowił 2 okonie, a mi jeden uderzył mocno w obrotówkę. Ryba
będzie jeszcze długo trzymała się płycizn i roślin przy takim stanie
wody.
18.04.2005
Słońca nie widać na niebie, jest schowane za gęstą warstwą
chmur. Gdy przejeżdżam wolno przez wioskę, ludzie wychylają się ze
swoich gospodarstw. Kilka domostw pośród lasów, z dala od cywilizacji
jest widać niezbyt często odwiedzane przez "obcych". Nie
mam jednak czasu na pogawędki, gdy tylko zobaczę wodę, to jestem jakby
w innym świecie. Zapominam o upływającym czasie, nie mam czasu na
to by zjeść kanapki, chociaż nikt mnie nie goni, a przecież warto
się czasem zatrzymać. Jedyna rzeczą, która skłania mnie do chwili
odpoczynku i zatrzymania się jest aparat. Mam cały czas oczy wokół
głowy i wyszukuję ciekawe ujęcia.

Nie minęło pół godziny od rozpoczęcia moich łowów. Wypuściłem
pstrągowy woblerek na przelew i przytrzymałem. Branie było energiczne,
pstrągowe, ale ryba walczyła jakoś tak dziwnie. Po kilku chwilach
wyślizgiem wyjąłem na brzeg pięknego klenia 47cm. Sesja zdjęciowa
była dość bogata, bo to największy mój klenik. Co prawda od poprzedniego
rekordu różnił się tylko dwoma centymetrami, ale radość była ogromna.
Zacząłem dokładniej obławiać rzekę, bo takie zdarzenia bardzo mobilizują.
Wynikiem moich łowów były 4 kolejne kleniki. Co się stało z pstrągami,
na spotkanie których tu przyjechałem? To chyba był dzień klenia.
19.04.2005
Dzień odpoczynku. Tego mi było trzeba - chwili bez chodzenia
i bez plecaka wypełnionego kanapkami i przynętami. Stopy były mi wdzięczne
za ten dzień. Chodzenie po kępach trawy po nierównym terenie, przez
5 dni z rzędu, przez 8 godzin dziennie stanowiło nie lada wyzwanie
i obciążenie dla moich stawów i pleców. Niech żyją ryby i niech żyje
zdrowy rozsądek!!!
20.04.2005
Zupełnie inna rzeka, mniejsza, węższa i płytsza od poprzednich.
Pięknie meandrująca wśród pól i lasów. Wymywająca na zakrętach przepiękne
dołki, w których czai się nic innego jak pstrągi. Woda nie jest jeszcze
czysta jak kryształ, ale na płytkiej wodzie doskonale widzę przynętę
i to co się z nią dzieje. Tak tez się złożyło, że widziałem kilka
brań pstrągów. Wyskakiwały ze swoich kryjówek pod nawisami z trzcin,
z podmyć, zza korzenia, z dołka. Wiele z nich nie trafiało w przynętę,
kilka się spięło podczas holu, ale udało mi się wyjąć 2 wymiarowe
pstrążki po 35cm i kilka króciaków. Wszystkie rybki wróciły do wody,
żal mi było zabierać je rzece.

Po drodze widziałem minoga. Śmieszne stworzonko, przypominające
odrobinę pijawkę, długie na prawie 20cm. Podobno przysmak miejscowych
pstrągów, kleni i szczupaków. Zakwitły też kaczeńce, co prawda ostatnie
nocne przymrozki nie sprzyjały ich rowojowi, ale można mieć nadzieję,
że to ostatnie zimne dni tej wiosny.