Sum by night

Żar lał się z nieba, nawet noce nie dawały wystarczającej ochłody. Rozpoczął się czas organizowania wieczornych imprez plenerowych i wypraw z noclegiem pod gołym niebem. Rozgwieżdżone niebo nad głową, księżyc dający przyjemne niejaskrawe światło i zapach świeżego powietrza znad wody, to nieodłączne elementy takich wyjazdów. Nawet nieliczne tego lata komary nie potrafiły zakłócić radości z przebywania na łonie przyrody.
Przygotowania do rozpoczęcia sezonu sumowego rozpocząłem już ponad tydzień temu. Zawiązałem kilkanaście przyponów na węgorzowych hakach 1/0 i plecionce 0,40mm, naładowałem akumulatorki w latarce czołowej, zakupiłem kilka paczek świetlików, sprawdziłem wytrzymałość żyłek i wykonałem jeszcze 100innych drobnych czynności, które miały mi zapewnić powodzenie podczas pierwszej sumowej zasiadki.
Przynętami miały być standardowo pijawki. Zrobiłem objazd po swoich tajnych miejscach i w ciągu kilku godzin udało mi się uzbierać ponad 100szt. Przechowywane w lodówce w plastykowym pojemniku wypełnionym w 1/3 wodą będą stanowiły zapas na cały lipiec.

Wyjechaliśmy dość wcześnie, by móc już o 17.00 zająć miejsce. Jakie było nasze zdziwienie gdy nad wodą nie spotkaliśmy nikogo, ani żywej duszy. Sezon wakacyjny, lato w pełni, a nad wodą pustki. Podobno dlatego, że ryba nie bierze...
Powoli rozstawiamy zestawy, ja mam wszystko już przygotowane, ale dla aXona jest to pierwsza sumowa wyprawa, więc musi wszystko robić od początku. Po chwili wędki stoją zarzucone. Jemy kanapki, popijamy piwo, snujemy plany na kolejne wyjazdy, omawiamy taktykę podbierania ryby (gdyby takowa się zechciała dziś pojawić). Czas płynie szybko i ani się obejrzałem a minęła pierwsza godzina pobytu na wodą. Sygnalizatory dotychczas milczały, aż tu nagle na mojej wędce małpka zaczęła miarowo wędrować do góry. Zaciąłem z wyczuciem i oczyma wyobraźni widziałem jak hak wbija się w sumową paszczę. Po krótkim odjeździe ryba stanęła w miejscu i nie dawała się ruszyć ani o centymetr, pomimo tego iż pompowałem na granicy wytrzymałości zestawu. Spojrzałem na zegarek, była 18.20, coś takiego pomyślałem, tak wcześnie sumy jeszcze mi nie brały. Niestety ryba wbiła się w karcze i nie mogłem nic zrobić. Postanowiłem, że do niej podpłynę. Przekazałem aXonowi wędkę, sam rozebrałem się do slipek i szybko zsunąłem do ciepłych wód Siemianówki. Płynąc po żyłce znalazłem się dokładnie nad miejscem gdzie ryba weszła w zaczep. Serce mocniej mi zabiło gdy pociągnąłem za żyłkę, ale nadzieje okazały się płonne. Udało mi się jedynie oswobodzić zestaw z zaczepu, a po rybie nie było już ani śladu. Jedynie śluz na przyponie pozwalał się domyślać, kto był przez chwilę gościem na moim haku.

Dopłynąłem z powrotem do brzegu o dziwo całkiem spokojny, w końcu poprzedniego roku przywykłem do tego, że sumy grały mi na nosie. Założyłem nową przynętę i ponownie zarzuciłem zestaw w to samo miejsce.
Pomimo tego, że słońce chyliło się już ku zachodowi, temperatura ani na trochę nie zmalała. Było bardzo duszno, pomimo niedawnej kąpieli, pot ściekał mi po plecach i brakowało powietrza. Wiatr się uspokoił, a w powietrzu czuć było nadchodzącą burzę.
Odszedłem od wędki, żeby się rozejrzeć po okolicy, nagle kątem oka zauważyłem, że bąbka podjechała pod wędzisko, na chwilę zamarła i wtedy nastąpił zryw. Żyłka uciekała z kołowrotka powstrzymywana jedynie przez system wolnego biegu. Sygnalizator elektroniczny piszczał zawzięcie, a ja pędziłem do wędki, żeby zdążyć zrobić porządne zacięcie. Axon zauważył, że branie nastąpiło znowu na tej samej wędce co wcześniej. Hol rozpoczął się dość agresywnie, ryba szalała na otwartej wodzie kreśląc eski i uparcie parła w prawą stronę w kierunku pobliskich trzcin. Nie chciałem jej pozwolić na zbyt szaleńcze odjazdy, więc odrobinę podkręciłem hamulec kołowrotka. Miałem zapas mocy, wędka karpiowa znakomicie amortyzowała ataki ryby, a żyłka 0,35 pozwoliła czuć się komfortowo w tej sytuacji. Żeby nie męczyć ręki oparłem dolnik wędki o udo i zacząłem powolne pompowanie. Gdy sumik poczuł piasek przy brzegu, pokazał że nie opadł jeszcze do końca z sił. Pędził co chwila to w prawo to w lewo z zadziwiającą prędkością. Wreszcie po 5 minutach pokazał się pod powierzchnią. Podbierak jaki miałem przygotowany, był wobec jego rozmiaru bezużyteczny. Axon nałożył parę wzmacnianych rękawic i gdy tylko wyciągnąłem łeb suma na brzeg, włożył mu rękę do otwartego pyska, złapał za dolna szczękę i wytaskał olbrzyma na brzeg. Hak utkwił zaraz za pasem zębów, pewnie przebijając wargę wąsacza, tak że było ciężko go stamtąd wydostać.

Cieszyliśmy się jak dzieci, pobiegłem zaraz po miarkę i aparat. Oficjalna długość - 125cm.Uff ależ było go ciężko trzymać do zdjęcia, na szczęście spokojnie pozował i się nie wiercił.Po tej chwili na powietrzu zwróciłem mu wolność. Dość długo nie odpływał, ale po przepłukaniu skrzeli wodą wykręcił się w eskę i tyle go widzieliśmy.
Musiałem wyrzucić około 10m żyłki, tak mocno była skręcona, przewiązałem węzły w zestawie, sprawdziłem wytrzymałość pozostałych elementów, założyłem 3 nowe pijawki i 2 dendrobeny na hak i posłałem zestaw w sprawdzone już miejsce. Druga wędka stała cały czas niewzruszona, to samo tyczyło się zestawów aXona.

Pot ściekał po karku , meszki brzęczały nad głową, pojawiły się pierwsze żuczki majowe (w lipcu!!), a powietrze zrobiło się jeszcze bardziej gęste, nad głowami zebrały się ciemne chmury. Siedzieliśmy przy wędkach zastanawiając się gdzie można by się schować na wypadek burzy czy deszczu. Znowu odszedłem od wędek, gdy sygnalizator miarowo zapiszczał. Krzyknąłem do kolegi, żeby zaciął, ale on siedział wpatrując się w moją wędkę i jakby nie mogą uwierzyć w to co się dzieje. Żyłka znowu ze świstem uciekała z kołowrotka. Podbiegłem i zaciąłem zamaszyście, poczułem opór i miarowe parcie do dna. Ta ryba sprawiała mi mniej kłopotów, było co prawda kilka odjazdów, ale nie tak szaleńczych jak u poprzedniczki. Axon ponownie założył rękawiczkę i gdy tylko sum zmęczył się na tyle, że dało się go podciągnąć i utrzymać przy brzegu, złapał go za szczękę i pewnie wyjął z wody.
Kolejna sesja zdjęciowa i kolejne mierzenie - 95cm. Po chwili, tak jak jego poprzednik trafia z powrotem do wody i odpływa.

Ściemniło się na dobre, minęłą już godzina 22.00, o tej porze powinny zaczynać się prawdziwe brania. Pełni nadziei zarzuciliśmy zestawy i tym razem bez odchodzenia od wędek, zastygliśmy w oczekiwaniu. Mijają godziny, a woda zamarła, nie widać oczkującej do tej pory drobnicy, nie słychać cmoknięć karasi. Jedynie para bobrów robi troszkę zamieszania przy brzegu. Burzowe chmury gdzieś rozwiało, na niebie pojawiły się tysiące gwiazd. Widocznie zmiana pogody wpłynęła na żerowanie ryb.
Na świecie są rzeczy, których nie potrafimy wyjaśnić, choćby to, że brania były tylko na jednej spośród czterech zarzuconych obok siebie wędek. Ta otoczka tajemniczości, która towarzyszy każdej nocnej wyprawie na suma bardzo mi się podoba i wierzę, że będę mógł spędzić jeszcze nie jedną niezapomnianą chwilę podczas lipcowych zasiadek.

PS. Sumy biorą w najlepsze, ależ to będzie lipiec, czuję to w kościach... ;)

ARTFISH

 

® Prawa autorskie zastrzeżone. Publikowanie i rozpowszechnianie zamieszczonych w tym serwisie zdjęć, grafik i opisów, bez wiedzy i zgody autora - wzbronione.
Copyright by Artfish