Królowa narwiańskiej rafy

Gdy pisząc te słowa zamykam oczy, szybko powracają i przesuwają się przed nimi obrazy z tego szczęśliwego dla mnie, czerwcowego dnia. Nad wodę zajeżdżam tuż przed świtem, szybkie składanie sprzętu i do boju. Cały tydzień w pracy dał mi nieźle w kość także cieszę się, że jestem nad swoją ulubioną rzeką i mogę trochę zregenerować swe siły witalne i przewietrzyć zmęczoną codziennymi obowiązkami głowę. Wędrując nieśpiesznie na z góry upatrzone boleniowe rewiry, widzę rzekę budzącą się po nocy do życia, nad wodą unosi się poranna mgła. Przy małej zatoczce płoszę bobra, który zapomniał spłynąć po nocy do swej nory. Słuchać już pierwsze boleniowe ataki, oraz cmoknięcia kleni. Widać wiry po spławianiu się potężnych leszczy.

Rafę, znam od kilku dobrych lat. Oprowadzali mnie po niej koledzy i wiąże się z nią wiele wspaniałych, wędkarskich wspomnień. Ze względu na nie, do dziś nazywam odwiedzane miejscówki - "rafką Łapiniaka", "przelewami Leszka", "burtą Wojtka". Miejsce to, nękane niestety przez sieciowych kłusowników z pobliskiej wioski, obdarzyło mnie wieloma pięknymi rybami. Zgodnie ze wcześniejszymi założeniami planuję zapolować na bolenie. Przyczajam się na pierwszym przelewie i obserwuję sytuację. Po chwili wiem, że żerują w okolicy dwa, może trzy bolenie. Pierwsze do wody idą naturalistyczne gumy - jednak bez efektu.
Zmieniam gumę na sprawdzonego woblera - bezsterowca, który obdarzył mnie już kilkoma boleniami. Za trzecim rzutem znajome mocne uderzenie, ryba zaciekle walczy i pierwsze zrywy muszę mocno amortyzować wędziskiem. Przez chwilę boleń niebezpiecznie wpływa w szeroki pas roślin ale udaje mi się go odciągnąć na otwartą wodę. Dwa krótkie odjazdy i wprowadzam rybę do podbieraka, który zawsze mam ze sobą na plecach. Nie wyjmując ryby z wody, wyciągam aparat i umieszczam go na pobliskim słupku od ogrodzenia. Krótka sesja zdjęciowa i mierzenie - 59cm. Po chwili uwalniam rybę, która ochlapuje mnie ogonem na pożegnanie. Walka z rybą i moje brodzenie po krawędź woderów w zalanych trawach, skutecznie wystraszyło pozostałe drapieżniki. Nie mam tu czego szukać, wracam więc powoli w stronę samochodu planując zatrzymywać się w najciekawszych do obłowienia miejscach.

Dochodzę do szerokiego zakrętu z szybkim nurtem i kamienistym dnem. W polaroidach widzę szerokie łany zielska, między którym uwijają się kleniki. Szybko zmieniam żyłkę z grubszej 0,22 na 0,18mm i zaczynam wabić ryby małymi woblerkami. Pierwszy kleń ....okazuje się być pasiastym garbuskiem 28cm. Po chwili mam jednak branie około 30-centymetrowego klenika, który odzyskuje wolność.
Kontynuując obławiam zwary nad dużym garbem w poprzek rzeki. W pewnej chwili przytrzymywanego w kleniowej miejscówce woblera Dorado połyka wielka ryba. Jej uderzenie zachwiało moją równowagą i zsunąłem się odrobinę ze skarpy. Potężna, tajemnicza ryba z siłą parowozu rusza w dół rzeki, nie zatrzymując się nawet na chwilę. Wędzisko, mimo że to Batson do czarnej roboty, wygięte jest bardzo mocno, a kołowrotek gwiżdże przy jednostajnym wybieraniu żyłki. Jestem osłupiony i zaskoczony, gdy widzę, że zostało mi może z 20 metrów żyłki na szpuli. Biegnę więc w dół rzeki, trzymając kij uniesiony w górze i kontrolując napięcie żyłki. Wpadam do bobrowej dziury, po chwili pokrzywy smagają mi bezlitośnie twarz. Nie wiem do dziś jak to zrobiłem ale przeskakuję w rozbiegu małe ogrodzenie z drutem kolczastym. Po ok. 150 metrach udaje mi się odzyskać połowę zapasu żyłki. Zastanawiam się... co to za ryba? Nawet jeśli jej niewyholuję na tym leciutkim sprzęcie, to chciałbym chociaż zobaczyć z czym walczyłem. Ryba staje na moment przed małą wysepką by znów ruszyć w dół rzeki. Nieszczęśliwie na jej końcu zaczepia się o zalane rośliny. Stoję tak ok. 10minut, czując że ryba jest jeszcze na wędce. Napinam linkę do granic wytrzymałości. Nagle kocioł, wir w wodzie ryba uderza ogonem i......wychodzi na otwartą wodę.
Wiem, że tu nie ma żadnych większych zaczepów i zaczynam pompować zdobycz w swoją stronę.
Gdy zobaczyłem, z czym przyszło mi walczyć nogi mi się ugięły - to potężna brzana. Ryba, o której słyszałem tylko z opowieści znajomych znad Bugu i dolnej Narwi. Zmęczona ryba ląduje w podbieraku. Patrzę na zegarek, walka trwała prawie pół godziny. Miarka wskazuje na 76cm.
Po kilku zdjęciach, reanimacja w silnym nurcie i królowa rafy majestatycznie odpływa do swego królestwa.

Jestem zmeczony lecz bardzo szczęśliwy, że dane mi było złowić herbową rybę naszego klubu - Barwenę. Do auta mam dobre dwa kilometry. Idę powoli, spełniony i szczęśliwy.W glowie zaczynają się rodzić pytania na które nie znam odpowiedzi. Czy brzana przywędrowała na nasze tereny w jakimś ciągu tarłowym, czy jest ich tam kilka i osiedliły się na rafie na dłużej, wreszcie czy dane mi będzie spotkać ją w przyszłości ponownie? To był naprawdę udany wędkarsko dzień.

RADZIO

 

® Prawa autorskie zastrzeżone. Publikowanie i rozpowszechnianie zamieszczonych w tym serwisie zdjęć, grafik i opisów, bez wiedzy i zgody autora - wzbronione.
Copyright by Artfish