IV Klubowe Spinningowe Mistrzostwa
Polski - Grudziądz 2008
Ubiegłoroczne eliminacje Grand Prix wyłoniły czołową
trójkę spinningistów, która w dniach 22-24 sierpnia 2008 miała reprezentować
Podlaski Klub Wędkarski na 13 Klubowych Spinningowych Mistrzostwach
Polski w Grudziądzu.
Pełni wiary w swoje umiejętności i nadziei na sukces udaliśmy się
w składzie - Artur, Tomek, Irek by spełnić swój zaszczytny "obowiązek".

Podróż przebiegła bez większych zakłóceń, jednak stan
dróg nie tylko na Podlasiu pozostawia wiele do życzenia. O godzinie
17.00 w czwartek, dotarliśmy do miejsca zakwaterowania - ośrodka wczasowego
Warma położonego nad jeziorem Rudnickim. Tu nastąpił pierwszy zgrzyt.
Pomimo tego, że nie dotarliśmy na miejsce jako ostatni, nie było już
lokali do kwaterunku. Początkowo chciano nas rozdzielić po różnych
domkach na dostawkę, na co stanowczo się nie zgodziliśmy. Kierownik
ośrodka znalazł wolny pokój (klitkę o wymiarach 2x3m), w której stały
2łóżka, jeden z nas spał więc przez czas zawodów na dostawionym materacu
rozłożonym na ziemi. Materac okazał się być najwygodniejszym spaniem,
bo łóżka miały ogromny minus - normalnego wzrostu człowiek musiał
spać z podkurczonymi nogami ze względu na ich długość. Kolejnym minusem
był węzeł sanitarny, a właściwie jego brak. Dwa prysznice na 150 osób
to stanowczo za mało, pozostało więc korzystanie z kranu znajdującego
się na zewnątrz 40letnich, rozpadających się domków. Pisząc o kwaterunku
nie można nie wspomnieć o wyżywieniu, którego to porcje można śmiało
nazwać głodowymi. Wszyscy bez wyjątku zastanawiali się, na co poszło
810zł przeznaczone na zakwaterowanie i wyżywienie?!! Sponsorzy stanęli
na wysokości zadania i ufundowali dla każdego zawodnika po pamiątkowej
koszulce, paczce krętlików(!!!) i folderze reklamowym obuwia... żenada.

Sprawy organizacyjne były bez zarzutu, odpowiednia ilość
sędziów, szybkie podawanie wyników po zakończeniu tury, odjazdy autokarów
na łowiska o ustalonych porach, wszystko odbywało się jak w zegarku.
Pod tym względem organizator - PZW Toruń spisał się na medal. Każdy
z trzech sektorów został podzielony na odcinki, do których przypisany
był sędzia. Średnio na 3 łowiących zawodników przypadał jeden (życzył
bym sobie by na kolejnych spinningowych mistrzostwach okręgu białostockiego
było podobnie). Taka ich ilość była podyktowana tym, że zawody rozegrane
były na żywej rybie. Sędziowie non stop kręcili się w pobliżu zawodników,
a była też możliwość kontaktu telefonicznego z nimi. Łowiący byli
wyposażeni w podbieraki i siatki do przetrzymywania ryb, a przynęty
musiały być uzbrojone z bezzadziorowe haki. Złowione ryby trafiały
więc w dobrej kondycji do wody.
Wieczorową porą udałem się na zebranie kierowników drużyn, na którym
to rozlosowaliśmy kolejność łowienia w poszczególnych sektorach oraz
partnerów do łowienia na łodziach. Resztę dnia spędziliśmy na obmyślaniu
taktyki łowienia i na przygotowywaniu przynęt.
Mi pierwszemu wypadł sektor jeziorowy, więc pierwszego dnia zjawiłem
się zaraz po śniadaniu nad brzegiem jeziora Rudnickiego, zaś Tomek
i Irek odjechali by zmierzyć się z Wisłą. Jako kompana do łodzi wylosowałem
kolegę Roberta z klubu Barakuda Środa Wielkopolska. Był tu wcześniej
na treningu, więc postanowiłem skorzystać z jego porad i wybranych
do łowienia miejsc. Zamontowałem przy burcie echosondę, Robert uruchomił
silnik elektryczny i zaraz po sygnale startu popłynęliśmy we wcześniej
upatrzone miejsca w poszukiwaniu ryb. Pierwsze rzuty przekonały mnie
o trafności doboru przynęty, na obrotówce nr1 co rzut wieszały się
malutkie okonki. Po pół godziny udało mi się złowić 2 wymiarowe ryby,
a kompan z łódki wyjął 1 okonia. Zadowolony, że nie przyzeruję zadzwoniłem
do kolegów z drużyny by zapytać o wynik ich łowienia. Tomek złowił
5 okoni, klenia 40cm i szczupaka, zaś Irek miał 3 okonie. Do końca
7godninnej tury przerzuciłem jeszcze około 50 malutkich okoni, zawodnicy
z innych łódek mieli podobne wyniki. Zaraz po sygnale kończącym łowienie
zdaliśmy sędziom karty startowe i spłynęliśmy do brzegu.
Zaraz po obiedzie wywieszono wyniki z 1 dnia łowienia. Nasza drużyna
zajęła w klasyfikacji ogólnej 20 miejsce, ja zaś swoimi 2 okonkami
z jeziora wywalczyłem sporo punktów, bowiem połowa zawodników przypłynęła
zerowa. Najlepsi zawodnicy wyławiali z rzeki po 30 okoni i było wiadomo,
że inne ryby nie będą się prawie liczyć w punktacji.

Drugiego dnia nad ranem obudziła nas burza, wiał porywisty wiatr,
a deszcz lał się strumieniami. Podczas śniadania niespodzianka, ze
względu na warunki pogodowe sektor jeziorowy został odwołany, a w
jego miejsce zawodników wywieziono na Wisłę.
Tego dnia przyszło mi łowić w sektorze zwanym Wełcz. Dostałem od Tomka
namiary na ciekawą główkę znajdującą się na samym końcu sektora poniżej
kamiennej opaski, tam też skierowałem swe kroki po ogłoszeniu startu.
Pierwszego okonia złowiłem na zapływie w pobliżu szczytu główki, zaś
pozostałe 2 szt. na napływie w dość silnym prądzie. Po dwóch godzinach
łowienia przyszły ciemne chmury, zerwał się porywisty wiatr i spadł
rzęsisty deszcz. Z tą chwilą brania skończyły się. Gdy wróciłem do
autokaru i zebraliśmy pozostałych uczestników z pozostałych miejsc
startowych okazało się że 5km dalej nie było deszczu i okonie brały
w najlepsze aż do końca tury, pech... Koledzy połowili równo i udało
nam się obronić 20 lokatę po 2 dniu łowienia.
Wieczorem organizatorzy urządzili Ławę Piwna tj. imprezę integracyjną
w klubie SKALA. Tu zaserwowano nam jedyny suty posiłek. Nastroje od
razu się wszystkim poprawiły, bowiem wiadomo, że głodny człowiek to
zły człowiek. Były konkursy z piciem piwa na czas i drużynowym przeciąganiem
liny. Wracając do ośrodka niektórzy załapali się na wódkę weselną,
bowiem na naszej stołówce odbywało się przyjęcie weselne.
Trzeci dzień łowienia miał wszystko wyjaśnić. Wszyscy byli bojowo
nastawieni, bowiem w czołówce stawki różnice punktowe były niewielkie.
Na rzece widać było pojedyncze ataki boleni, pod brzegami i w okolicy
główek ganiał drobny okonek. Tego dnia nie poradziliśmy, pomimo tego
że żaden z nas nie miał zerowego wyniku, to inni połowili na tyle
dobrze, że spadliśmy aż na 31 pozycję. Ta lokata, na 45 startujących
drużyn zupełnie nas nie satysfakcjonowała i odebraliśmy to jako swoją
osobista porażkę.
Porównanie punktowe naszej i trzech czołowych drużyn.

Z tego co podpatrzyliśmy, to większość zawodników łowiła
dość małymi przynętami prowadzonymi na bocznym troku, w którym to
żaden z naszej trójki się nie specjalizuje. Jeden z wędkarzy powiedział,
że dobrze jest startować w zawodach, bo nawet gdy człowiek nic nie
łowi, to cały czas się uczy. Mieliśmy ambicje na miejsce w pierwszej
20stce, jednak nasze umiejętności zostały skutecznie zweryfikowane.
Nie znaliśmy rzeki, ze względu na odległość 400km nie byliśmy tam
na treningu, co przełożyło się na punkty i miejsce, które zajęliśmy.
Z naszej trójki najlepiej wypadł Tomek, który indywidualnie został
sklasyfikowany na 43 pozycji. Na pochwałę zasługuje postawa miejscowych
wędkarzy, którzy starali się nie wchodzić na teren zawodów aż do ich
zakończenia.

Wieczorem uroczyście zakończono zawody i uhonorowano
zwycięzców. Pierwsze 2 miejsca zajęły miejscowe kluby WWKS CASUSspin
1i2 z Torunia, zaś 3 miejsce obsadził WOKS Spiner Ostrów Mazowiecka.
Gratuluje zwycięzcom, bowiem wspięli się na wyżyny swoich umiejętności
i pokazali klasę zawodniczą. Ogółem złowiono około 2500okoni, kilka
boleni, sandaczy i szczupaków oraz pojedyncze klenie i jazie. Ogromnym
plusem jest to, że wszystkie ryby trafiły żywe do wody i będą mogły
zostać złowione podczas kolejnych organizowanych tam zawodów.
ARTFISH