NOC NA BAGNACH
Nie mam żadnego zdjęcia z tego wyjazdu, bo raz że nie
brały ryby, a dwa że nie było to tak ważne jak znalezienie drogi powrotnej
do samochodu pozostawionego gdzieś na obrzeżach Narwiańskiego Parku
Narodowego.
Łowienie rozpoczęliśmy od wczesnych godzin porannych przy ujemnej
temperaturze i bardzo silnym wietrze, który potęgował dodatkowo uczucie
chłodu i co chwilę zamrażał małe przelotki w wędkach. Brnąc po kolana
w wodzie, przez zalane po ostatnich deszczach trzcinowisko, oddalaliśmy
się coraz bardziej od samochodu. Udawało nam się co pewien czas wrzucić
do wody przynętę, ale warunki nie były zbyt dobre do łowienia. Duży
uciąg podniesionej wody, chłód i wszechobecne trzciny, sięgające dużo
ponad szczytówki naszych wędzisk. Przedzieraliśmy się przez ten Sajgon
krok za krokiem, torując sobie drogę w coraz dalsze ostępy NPN. Kilka
razy na styk z woderami przechodziliśmy poprzez zalane rowy i cały
czas parliśmy dalej, w oddali widać było bowiem zabudowania. Po dotarciu
do nich mieliśmy zamiar powrócić do auta łąkami, omijając bagno i
zalane trzciny.
Przed nami ostatnia prosta, pełni optymizmu wyszliśmy na skraj trzcinowiska
i zaczęliśmy łowienie z nadzieją na okazałego jazia, który zacznie
żerować wieczorem. Powoli zapadał zmierzch, postanowiliśmy więc zakończyć
pobyt nad wodą. Parliśmy do przodu, w stronę widocznej 50m dalej łąki.
Niestety okazało się, że do przejścia został jeszcze jeden, ostatni
rów, wypełniony po brzegi wodą. Próbowaliśmy z każdej strony, jednak
każdy krok dalej groził zatopieniem woderów. Adam wyjął z plecaka
spodniobuty, które mieliśmy przygotowane właśnie na taką okazję. Po
przejściu na drugą stronę miał mi je rzucić, a ja poszedłbym jego
śladem. Dwie próby przejścia na drugą stronę spełzły na niczym, przy
trzeciej, w miejscu gdzie wydawało się być płytko, Adam postawił jeden
śmielszy krok i mało brakowało a nad wodą widziałbym tylko jego czapkę.
Chlapiąc na wszystkie strony lodowatą wodę udało mu się jakimś cudem
cofnąć i nie wpaść całkiem do rzeki. Sapiąc i ociekając wodą podszedł
do mnie i powiedział - to co, wracamy? Tylko kiwnąłem głową, bo nie
uśmiechało mi się pływanie w lodowatej wodzie, chociaż odległy od
jakieś 20-30m suchy brzeg kusił.
Odczepiliśmy od wędek kołowrotki i dolnikami macaliśmy teren i głębokość
wody przed sobą. Adam powiedział, że nie spodziewał się, że jego warta
1000zł wędka będzie mu służyła do takich celów. Zadzwoniłem do żony
i poinformowałem, że spóźnię się na obiad, bo mamy przed sobą prawdopodobnie
kilka godzin marszu do auta. W zupełnych ciemnościach ruszyliśmy z
powrotem. Teoretycznie była pełnia, ale gęste chmury nie pozwalały
księżycowi wychylić się ani na chwilę. Brodząc krok za krokiem wyszukiwałem
wygniecionych przez nas trzcin i tym tropem starałem się iść, nie
oddalając się zbytnio od rzeki. Kilka razy gubiłem ślad wchodząc w
ścieżki wydeptane przez bobry, na szczęście dość szybko się orientowałem
i wchodziłem na tą właściwą. Woda na zamoczonym kombinezonie Adama
zamarzła i stworzyła coś na kształt skorupy, pancerza. Nie było nam
jednak zimno, przedzieranie się przez zalane trzciny wymagało od nas
dużego wysiłku, co pewien czas musieliśmy się zatrzymywać żeby odsapnąć.
Po dwóch godzinach udało mi się przejść przez największy gąszcz i
dojść do ścieżki, którą wydeptali wcześniej wędkarze. Była ona zupełnie
zalana, trzeba było uważać na niewidoczne dziury bobrów, ale szliśmy
teraz o wiele szybciej i bardziej komfortowo. Wzrok przyzwyczaił się
do ciemności i bez problemów rozpoznawaliśmy kontury otoczenia. Po
kolejnej godzinie zmagań z wodą i trzcinami Narwiańskiego Parku Narodowego
doszliśmy do samochodu.
Nie powtórzyliśmy wyczynu wędkarzy sprzed kilku lat, których to zmarzniętych
i głodnych z narwiańskich ostępów musiał zabierać śmigłowiec ratowniczy.
Praca w terenie i częste wizyty wędkarskie nad wodą nauczyły mnie
zachowywania się w takich sytuacjach i warunkach, jednak krótko mówiąc
mieliśmy więcej szczęścia niż rozumu.
ARTFISH