DORSZE

Znajomy zaproponował mi wspólny wyjazd do Kołobrzegu na dorsze. Zawsze chciałem spróbować jak to jest łowić z kutra, więc bez zastanowienia zgodziłem się na wyprawę. Pobudka była bardzo wczesna, o godzinie 3.45 wyjechaliśmy z zaśnieżonego Koszalina. Pogoda zaskoczyła nie tylko nas, ale również drogowców. Śnieg zalegał na drodze, a kilkustopniowy mróz nie pozwalał mu stopnieć. Ubrany byłem na cebule i chyba nic nie było w stanie mnie pokonać. Nic oprócz Bałtyku...
O godzinie 5.30 odbiliśmy od brzegu, a ja zaległem na koi dolnego pokładu kutra. Dopłynięcie na łowisko miało trwać dwie godziny, więc czas ten przeznaczyłem na odpoczynek. Wiatr o sile około 4 stopni w skali Beauforta podrywał dziób statku podczas wyjścia z portu. Potem gdy statek wszedł w rytm i ciął dziobem fale, kołysanie nie było prawie odczuwalne.
Po dwóch godzinach obudził mnie kolega i sam wyszedł na pokład bo rozpoczynaliśmy łowienie. Statek utrzymywany w dryfie przez sternika zaczął bujać się na falach. Przechyły były w każdą możliwą stronę i po kilkunastu sekundach kroplisty pot wystąpił na moje czoło, po dalszych kilku miałem mokre plecy i nie byłem w stanie założyć obuwia. Gdy to wreszcie zrobiłem, wygramoliłem się na pokład i łapnąłem świeżego powietrza. Ponadto temperatura około zera stopni skutecznie doprowadziła mnie do porządku. Szybko zostałem zaznajomiony z zasadami obowiązującymi na kutrze, tj.:
- jeden sygnał syreny - zaczynamy łowienie;
- dwa sygnały - wyciągamy przynęty i zmieniamy łowisko;
- trzy sygnały - kończymy łowienie i spływamy do portu.
W dalszym ciągu ledwo żywy, zarzuciłem kupionego dzień wcześniej 120g niebieskiego pilkera wraz z przewieszką. Kilka energicznych poderwań z dna i poczułem, że coś uwiesiło się na wędce. Uwiesiło się - to dobre słowo, bo typowego brania nie czułem. Łowiliśmy z głębokości około 40m i żyłka na wypożyczonym za 20zł na kutrze wędzisku nie była w stanie przekazać mi dostatecznie jednoznacznej informacji o braniu. Mimo to rozpocząłem pompowanie. Przyznam, że ręce mi omdlewały, a to że wyciągnięty dorsz miał ponad 2kg i był jedną z pierwszych ryb na kutrze i dodatkowo moim pierwszym w życiu, nie poprawiła mi humoru.

Poza tym nadal bujało i chcąc nie chcąc musiałem przewiesić się przez burtę i oddać co nieco Neptunowi. Kapitan widząc moje kłopoty zdrowotne zaproponował bym zjadł śniadanie, dodając jednocześnie - będziesz miał czym rzygać. Pocieszenie żadne, rada też nie najlepsza, wolę już chyba się męczyć na sucho, pomyślałem.
Co kilkanaście minut zmienialiśmy łowisko, ze względu na słabe brania dorszy. Ktoś z łowiących wspomniał, że w ubiegłym tygodniu złowił kilkadziesiąt dorszy, na co kapitan odrzekł cicho - bo baba jest na pokładzie. Według rybaków przynosi to pecha. Inną kwestią jest to, że pani ta łowiła więcej ryb niż inni wędkarze.

Największym wyczynem jakiego dokonałem na kutrze było nie wyholowanie dorsza, czy też utrzymanie się na pokładzie przy tak wzburzonym morzu, ale skorzystanie z toalety. Nie mogąc (ze względu na obecną płeć przeciwną) sikać za burtę, udałem się do wnętrza kutra. Na szczęście ścianki WC były blisko siebie i mogłem zaprzeć się o nie łokciami, inaczej trafienie do muszli było by raczej dziełem przypadku, nie mówiąc już o tym, że zamoczyłbym sporą część swojej garderoby i wszystko wokół mnie.
Podsumowując wyjazd mogę powiedzieć, że teraz już wiem - łowienie dorszy to nie dla mnie. Przypominało mi to łowienie spod lodu, tyle że w mega wymiarze - większe przynęty, większe wędki, głębokość łowiska. Raczej nie zdecyduję się na ponowny wyjazd, chyba że na morzu będzie zupełna flauta. Niech żyje stały ląd!

ARTFISH

 

® Prawa autorskie zastrzeżone. Publikowanie i rozpowszechnianie zamieszczonych w tym serwisie zdjęć, grafik i opisów, bez wiedzy i zgody autora - wzbronione.
Copyright by Artfish