PIERWSZA TROĆ
Od końca września przebywam na szkoleniu zawodowym
w Koszalinie w Zachodniopomorskim. Czas do końca 2008r. poświęciłem
na rozpoznanie terenu, wytypowanie potencjalnych miejscówek i zakup
przynęt na trocie. Właśnie te ryby od początku roku zamierzałem łowić.
Skarbnicą wiedzy okazał się portal www.fors.com.pl gdzie miłośnicy
połowu ryb szlachetnych dzielą się swoją wiedzą na temat ich połowu.


Początkowo miałem trudności z nazewnictwem, bo okazało
się że troć można określać na wiele różnych sposobów.
- Salmo trutta - czyli troć wędrowna, jej osiadłą słodkowodną formą
rzeczną jest nasz rodzimy pstrąg potokowy.
- Smolt - mniej więcej dwuletnia troć, która spływa do morza, by tam
najeść się i podrosnąć.
- Srebrniak - troć żyjąca w morzu i okresowo wchodząca do rzek w czasie
sztormów lub by odbyć pod koniec roku tarło.
- Kelt - troć po tarle.
Poza tym w rzekach można spotkać łososie, a odróżnienie ich od troci,
czy też odróżnienie troci od dużego pstrąga stanowi nie lada wyzwanie
nawet dla osób łowiących je całe życie.


Nie mogłem być obecny na rozpoczęciu sezonu, gdzie wędkarze
stojąc ramię w ramię przeczesują rzekę w poszukiwaniu płetwy tłuszczowej.
Można wtedy usłyszeć niesamowite opowieści o sile i sprycie ryb, które
zawsze walczą do końca i o tym jak trudno je skłonić do brania.
Pierwsze swoje kroki postawiłem nad Regą - piękną rzeką z mnóstwem
miejscówek, jednak nie zobaczyłem nawet rybiego ogona.
Drugi wyjazd zaplanowałem nad Grabową, o której wiele dobrego słyszałem
i czytałem, a która wielkością przypomina Supraśl. Na mniejszej wodzie
o wiele łatwiej było mi się odnaleźć więc już po chwili poczułem się
jak u siebie. Małe pstrągowe przynęty nie sprawdziły się, więc zwiększyłem
odrobinę kaliber i zacząłem łowić na 7cm pływający wobler Salmo. Wabia
rzucałem pod przeciwległy brzeg i pozwalałem na swobodny spływ, poczym
powoli ściągałem do siebie wzdłuż brzegu. Po południu poczułem tępe
przytrzymanie, po którym zacięcie to tylko odruchowa formalność. Spodziewałem
się wyskoków nad powierzchnię, odjazdów, młynków i tym podobnych akrobacji.
Jakie było moje zdziwienie, gdy ryba ustawiła się bokiem w środku
nurtu i stawiała statyczny opór. Brzeg był czysty, więc bez przeszkód
podszedłem do ryby i po chwili miałem swoją pierwszą troć w podbieraku.
Wypasiony kelt o długości 66cm to jest to. Zadziałało prawo frajera
tzn. że żółtodzioby takie jak ja łowią początkowo ładną rybkę na zachętę
i to pozwala złapać bakcyla.

To była jedyna troć złowiona tego dnia nad rzeką, a
napotkani łowcy nie mogli się pochwalić nawet braniem, tym większa
duma mnie rozpierała.
Kolejne wyprawy były mniej lub bardziej udane, ale przyniosły mi kilka
troci w przedziale 47-64cm. Pamiętny zostanie wyjazd nad Mołstową
gdzie złowiłem swojego pierwszego pstrąga tęczowego a chwilę później
miałem branie grubej ryby, która po jednym młynku zostawiła mnie z
rozgiętym hakiem w kotwiczce.




Łowienie troci pochłonęło mnie bez reszty i poświęcałem
mu prawie wszystkie wolne chwile, pojawiając się nad wodą jako pierwszy
i schodząc jako ostatni. Wielokrotnie odwiedziłem Regę, Parsętę, Unieść,
Łebę czekając na coraz to nowe emocje związane z poznawaniem nowych
miejsc i poszukiwaniem okazów. Nie przejmowałem się brakiem brań,
gdyż każda ponad 50cm ryba potrafiła wynagrodzić trudy całodniowych
łowów.
ARTFISH