START W RAKIETACH

Z tygodniowym opóźnieniem udało mi się rozpocząć łowienie w nowym sezonie 2011 roku. Po tygodniu mrozów przyszła odwilż i temperatura utrzymywała się na plusie nawet w ciągu nocy. Rano obudził mnie bębniący w parapet deszcz. Śnieg powoli zaczynał osiadać, a trzeba przyznać, że jak na tak wczesną zimę to spadło go już na prawdę sporo.
Pakowałem się jak na szpilkach, już teraz natychmiast chciałem znaleźć się nad wodą. Wiedziałem, że wyniki będą mizerne lub żadne, tak na ogół rozpoczynają się sezony pstrągowe, ale nie mogłem już wytrzymać bez kontaktu z wodą i naturą.
Gdy z drogi głównej skręciłem na lokalną, samochód zarzuciło, ale wyprowadziłem go z poślizgu. Padający deszcz roztopił śnieg pozostawiając sam lód i koła samochodu ślizgały się pokonując kolejne wzniesienia i zakręty. W lesie sytuacja się poprawiła, ziemia była zmrożona, a śnieg jeszcze zwarty, co umożliwiło mi przyspieszenie. Po 5kilometrach leśnych ostępów wyjechałem na odcinek łąkowy. Po 100 metrach zmuszony byłem do hamowania i szybkiej ewakuacji, ze względu na zupełnie nieprzejezdną drogę w rozmoczonym śniegu. Wykopałem na poboczu zatoczkę, w której bezpiecznie mogłem zostawić auto i pieszo udałem się w kierunku oddalonej o około 1km rzeki.

Nad wodą rozłożyłem odległościówkę 390m o ciężarze wyrzutu do 40g o dość sztywnej jak na tego typu wędki akcji, wyposażonej w duże przelotki, co miało zapobiegać ich obmarzaniu. Kołowrotek z żyłką 0,25mm stanowił uzupełnienie wyposażenia. Przynętą był 5cm wobler w jaskrawo pomarańczowych barwach. Na moich nogach znalazły się zakupione w ubiegłym roku rakiety śnieżne. Nie było mi dane je wypróbować, gdyż nabyte zostały pod koniec sezonu zimowego i leżakowały aż do dnia dzisiejszego. Pokładałem w nich wielkie nadzieje, gdyż męczarnie jakie przechodziłem do tej pory poruszając się w sięgających za kolano zaspach były trudne do opisania. Pierwsze kroki były dość niepewne, ale już po chwili poruszałem się dość rytmicznie. Jedynym co utrudniało marsz był mokry śnieg, z którego z trudem wyciągałem nogę z rakietą i trzciny oplątujące jej elementy. Zapadałem się na około 20-30cm czyli do połowy łydki. Podczas próby zdjęcia rakiety noga w woderze zapadła się do wysokości kolana. Korzyść z posiadania rakiet była więc wymierna. W rakietach szedłem stabilnie i nie wykręcałem nóg na kępach trawy, nie miałem jednak wyczucia tego, co jest pod śniegiem. Zdarzyło się kilkukrotnie, że noga ześlizgiwała się do ukrytego pod śniegiem rowu melioracyjnego. Ciężko też było pokonywać owe rowy, gdyż skakanie na większe odległości w rakietach było prawie niewykonalne.

Gdy zobaczyłem wodę serce zabiło mi mocniej. Radość była jednak przedwczesna, gdyż lodowa zmarzlina sięgała 0,5 - 2,0 metra w głąb rzeki po obu jej brzegach, a woda która podnosiła się ze względu na odwilż zakryła lodowe nawisy. Wody do łowienia nie pozostawało więc wiele. Całe szczęście, że zabrałem ze sobą długą wędkę.
Pierwsze rzuty w nowym roku nie były zbyt celne, ale wkrótce poczułem tzw. bluesa i przynętę mogłem posyłać w z góry upatrzone miejsca. Ze względu na niedostępność do łowienia około 50-60% rzeki, każdej możliwej do obłowienia miejscówce poświęcałem na prawdę dużo uwagi. Nie było mi jednak dane zobaczyć chociażby rybiego ogona ani też poczuć brania. Pod koniec dnia woda podniosła się na tyle, że od brzegów zaczęła odrywać się kilkumetrowej powierzchni kra, robiąc przy tym tyle hałasu, że ryby na pewno pochowały się w najgłębszych dziurach. Pod koniec dnia deszcz przestał padać, a wiatr uspokoił się. Kilka zbłąkanych saren uciekło przeciwległym brzegiem na mój widok. Mgła spotęgowana plusową temperaturą wzmagała się z minuty na minutę. Na szczęście dzień zaczynał stawać się coraz dłuższy i jeszcze przed zmrokiem mogłem rozpocząć drogę powrotną do auta. Trasa, którą za zwyczaj pokonuję wiosną i latem w niecałe pół godziny zajęła mi tym razem równo godzinę. Co kilkadziesiąt metrów musiałem przystawać by złapać oddech. Pomimo rakiet śnieżnych trasa przez mokry śnieg okazała się być na prawdę wyczerpująca. Niedaleko miejsca, gdzie wycofałem się rano samochodem zobaczyłem ślady wyciągania innego auta przez traktor. Ziemia i śnieg zryte były na odcinku kilkunastu metrów, a podwozie wyciąganego auta dokładnie odbite w śniegowej zmarzlinie. Lepiej jest liczyć siły na zamiary niż później korzystać z pomocy tzw. tubylców.
Pomimo braku kontaktu z rybami wyjazd uważam za bardzo udany. Mogłem przez cały dzień przebywać nad wodą stawiając w śniegu pierwsze kroki nad tą rzeką. Wypróbowałem rakiety śnieżne i z niecierpliwością czekam na delikatne ochłodzenie. Na zmarzniętym śniegu będę poruszał się górą bez zapadania. Pierwszego pstrąga zapewne złowię dopiero w marcu lub w kwietniu, ale i tak nie zrezygnuję z wyjazdów nad rzeki. Takie wyprawy pozwalają mi pozostać w dobrej formie i przygotować się do prawdziwych wiosennych łowów.

ARTFISH

 

® Prawa autorskie zastrzeżone. Publikowanie i rozpowszechnianie zamieszczonych w tym serwisie zdjęć, grafik i opisów, bez wiedzy i zgody autora - wzbronione.
Copyright by Artfish