ŻUKOWY MARATON
Jedynie na urlopie mogę pozwolić sobie na dwudniowy
wyjazd na ryby. Gdy Adam zaproponował wyjazd z noclegiem, nie zastanawiałem
się zbyt długo. W tym roku nie mogłem zmobilizować się do łowienia
na żuki z powierzchni, a na tej wyprawie mieliśmy nie robić nic innego.
Pakowanie się do auta odrobinę mi zajęło, bowiem zabierałem ze sobą
sprzęt biwakowy typu namiot, śpiwór, karimatę, kuchenkę gazową oraz
kilka innych mniej niezbędnych do przetrwania na obrzeżach Biebrzańskiego
Parku Narodowego rzeczy. Po drodze zatrzymaliśmy się w lesie i po
chwili do samochodu trafiły dwie duże reklamówki drzewa.
Łowienie rozpoczęliśmy około godziny 10:00. Standardowo wędka odległościowa
4,20m, nowa żyłka 0,18-0,20mm, na końcu zestawu imitacja żuka, świerszcza,
mrówki i do boju.


Woda w Biebrzy była bardzo czysta, co powodowało że
na otwartej wodzie nie mogliśmy doczekać się brań. Dopiero gdy przynęta
lądowała na granicy ziela, nastąpiły pierwsze brania. O dziwo wzdręgi,
bo one były pierwszymi złowionymi rybami, brały bardzo agresywnie.
Hol ponad 25cm krasnopióry to prawdziwa przyjemność. Ciągłe targanie,
chlapanie, a na koniec kilkukrotne wyskakiwanie z ręki przy odhaczaniu
ryby. Potem przyszła kolej na niewielkie klenie do 40cm.



Po południu pogoda bardzo się zmieniła. Huraganowy wiatr,
który towarzyszył nam od początku łowienia, przywiał burzowe chmury.
Huk grzmotów i błyskawice dość szybko przepędziły nas z powrotem do
auta. Temperatura mocno spadła i gdy wydawało się, że już jest po
łowieniu, kolejne wzdręgi przywróciły nam wiarę w dobry wynik. Do
przeszło godziny przed zachodem słońca prawie nic się nie wydarzyło.
Spłynęło kilka tratw i kilkanaście kajaków, ale sądzę że nie miało
to większego znaczenia dla braku brań. Dopiero gdy słońce chyliło
się ku zachodowi, doczekaliśmy się konkretnych ryb. Ja przystanąłem
na dłużej na szerokim przelewie. Kilkanaście rzutów wykonałem pod
różnymi kątami. Potem przyszła kolej na długie wypuszczanie. Grubo
ponad 50m ode mnie, na najpłytszej części przelewu już poza zasięgiem
rzutu, nastąpiło atomowe branie połączone z wyskokiem nad wodę. Ponad
50m gruby jaź dał mi nieźle popalić. Wędka pięknie pracowała, gdy
odbijał w stronę brzegu i próbował wbić się w rośliny. Niczym karp
stukał ogonem o żyłkę, a po chwili znów chlapał się przy powierzchni.


Adam poszedł dalej i już po chwili miałem info, że ryby
są w amoku i atakują wszystko co wpadnie do wody. Złowił dwa prawie
45cm klenie, a wielki jaź po efektownym wyskoku nad wodę wypiął się
z pojedynczej kotwiczki na mrówce od Tomi'ego.
Ja w przeciągu kwadransa doholowałem jeszcze około 30cm wzdręgę, wyjąłem
40cm jazia, a inny prawdopodobnie podobnej wielkości wypiął się.
Nad głowami pędziły burzowe chmury, delikatnie pokropiło, ale główne
uderzenie przeszło bokiem. Wróciliśmy w pobliże auta, gdyż w ciągu
dnia namierzyliśmy kilka oczkujących w grążelach jazi. Mieliśmy nadzieję,
że wieczorem wyjdą na żer, na otwartą wodę.
Mieliśmy nosa, bowiem za niewielkim przelewem, na przewężeniu rzeki
każdy z nad zaliczył po kilka efektownych brań z powierzchni. Wystarczyło
żeby wabik nie nurkował, a jedynie smużył po powierzchni płynąc swobodnie
od przeciwległego brzegu, w kierunku tego na którym staliśmy. Gdy
było już zupełnie ciemno Adam rzez dłuższą chwilę holował rybę. Nie
mieliśmy możliwości sprawnego jej podebrania, gdyż brzeg w tym miejscu
był dość niedostępny. Pomimo rozpoznania łowiska za dnia, rybę podebraliśmy
wspólnymi siłami dopiero po dłuższej chwili. Adam ześlizgnął się do
wody do granicy woderów, a ja w tym czasie trzymałem go za kołnierz
kamizelki wędkarskiej. Na brzegu okazało się, że tyle kłopotu mógł
sprawić 56cm kleń.
Przez kolejne pół godziny wyholowaliśmy o kilka kleni, a gdy nie widać
było już nawet konturów przeciwległego brzegu, zarządziliśmy odwrót.
Adam wykonał jeszcze jeden rzut, po którym nastąpiło dość głośne branie
zakończone holem 49cm jazia.




Ryby w nocy brały bardzo agresywnie i pewnie. Gdyby
nie zupełne ciemności, można by pokusić się o łowienie o wiele dłużej.
Tymczasem przyszedł czas na podsumowanie dnia przy ognisku. Grubo
po pierwszej poszliśmy spać w rozstawionym również po ciemku namiocie.
Nie udało się nam zerwać skoro świt by łowić przy osłonie porannych
mgieł, więc pospaliśmy do godziny 08:00, zjedliśmy śniadanie, zwinęliśmy
obóz i zmieniliśmy miejsce łowienia.
Dzień rozpoczęliśmy od kilku kilometrów marszu. Na pierwszy rzut oka
wydawało się, że rzeka zmieniła kierunek i fale płyną pod prąd, tak
silny wiał wtedy wiatr. Szukaliśmy więc brzegów porośniętych szczelnie
pasem trzcin lub wody osłoniętej wysoką burtą. Na pozór martwa woda
otworzyła się przed nami po założeniu starych sprawdzonych przynęt.
Ja łowiłem na sporą imitację konika polnego w agresywnych barwach,
a kompan na czarną imitację ogromnej 3,5cm mrówki Tomi'ego.




Rozpocząłem serią niewielkich kleni, a Adam złowił dwie
piękne ryby. Na zastoisku za roślinami zaciął niespełna 50cm jazia
i w pół godziny potem poprawił go ponad 50m kleniem. Przez kolejne
godziny łowiliśmy pojedyncze niewielkie klenie. Po dobrych kilku godzinach
zrezygnowani dotarliśmy do samochodu. Godzinny odpoczynek dobrze nam
zrobił. Pod wieczór wiatr ustał i od godziny 18:00 widać było każde
oczko na wodzie. Pojedyncze spławy dużych jazi rozpalały wyobraźnię.
Po półtoragodzinnej przerwie w braniach postanowiliśmy wrócić na wcześniej
upatrzone miejsce. Kilka przepuszczeń przynęty i głośne branie z powierzchni.
Komary dokuczają, ale staram się nie zwracać na nie uwagi. Robi się
coraz ciemniej. Znowu zarzucam przynętę w miejsce, gdzie miałem branie
i znowu gejzer na wodzie połączony z delikatnym trąceniem przynęty
- cholera znowu nie trafił. Za trzecim razem się udaje, ale wędkę
targnął jedynie 40cm kleń.


W tym czasie przybiega Adam, który 100m dalej obławiał
obiecującą prostkę. W podbieraku trzyma okazałego jazia. Pamiątkowe
zdjęcie i już mieliśmy go wypuścić, ale na chwilę przed tym przykładam
do niego miarkę - 53cm - najdłuższy jaź wyprawy.
W zupełnych ciemnościach doławiam jeszcze klenia czterdziestaka, a
Adam ma dwa niezacięte brania jazi. O godzinie 21:00 jesteśmy przy
samochodzie i kończymy ten dwudnoiwy, ponad dwudziestogodzinny żukowy
maraton.
Nie trzeba się zrażać brakiem brań, czy też nieciekawą pogodą. Przygoda
to przygoda, a przysłowie "machaj wędą ryby będą" w przypadku
łowienia powierzchniowego sprawdza się idealnie. Ilość wykonanych
zutów i godzin spędzonych nad wodą przekłada się na ilość zlowonych
ryb. Dobrze jest pojawić się nad wodą w odpowiednim miejscu i czasie.
W ciągu dnia robiliśmy rozpoznanie i wieczorem korzystaliśmy z tego
łowiąc ryby będące za dnia zbyt ostrożne lub nieaktywne. Do tej pory
brania ryb po zapadnięciu zmierzchu traktowałem jako przypadek, teraz
będzie to reguła, przynajmniej jeżeli chodzi o miesiące letnie.
ARTFISH