PIĄTEK TRZYNASTEGO

Piątek trzynastego uznawany jest za dzień, w którym wydarzyć się może wszystko... wszystko co najgorsze. Ponoć nie trzeba być urodzonym pechowcem by mieć wtedy przysłowiowy niefart. O trzynastym dniu miesiąca nagrano kilka filmów - horrorów i czarnych komedii. Czy jednak dla zwykłego śmiertelnika trzynastka musi być aż tak pechowa? Musiałem przekonać się o tym na własnej skórze.
Nad wodą było niesamowicie wietrznie i w zasadzie była to jedyna niedogodność, która tego dnia przeszkadzała mi w łowieniu. Spadł co prawda deszcz, ale taki pierwszy na prawdę wiosenny i ciepły, a wiadomo że nie ma złej pogody są tylko źle ubrani ludzie. Nie zrażałem się więc drobnymi przeciwnościami i uparcie parłem do przodu, a rzeka moją wytrwałość wynagrodziła pięknymi rybami.
Rzuty nie były zbyt celne ze względu na silne podmuchy wiatru, od których tworzyły się wiry na wodzie. Ratowałem się więc wypuszczaniem przynęty z nurtem i powolnym ściąganiu wabia do siebie z częstymi przystankami. Obrotówka spisywała się o wiele lepiej, leciała znacznie dalej i czucie jej pracy było o wiele lepiej wyczuwalne na odległościówce. Co chwilę czułem jak zaczepiam o podwodne przeszkody, dlatego przyspieszyłem zwijanie żyłki. Ten manewr sprowokował do ataku ponad 60cm szczupaka. W niewielkiej rzece taka ryba w dwie sekundy jest w stanie dopłynąć do drugiego brzegu, przymurować na jamce by po chwili ruszyć z impetem w stronę wędkarza. Na delikatnym sprzęcie hol sprawia wiele radości. Nie trzeba się martwić o wynik walki, bo z góry wiadomo, że ryba ze względu na okres ochronny wygra i zostanie wypuszczona. Taki spokój podczas holu jest bardzo ważny, bo ćwiczymy opanowanie i technikę do starć ze znacznie większym i być może bardziej walecznym przeciwnikiem.
Szczupak odpłynął, ale gdzie są jazie? Zmieniłem już kilka sprawdzonych przynęt i nie miałem choćby jaziowego skubnięcia. Założyłem najciemniejszy z moich woblerów, woda była bowiem bardzo niska i krystalicznie czysta jak na tą porę roku. Ciemny kolor stanowił doskonały kontrast i był widoczny o wiele bardziej od naturalnych, malowanych na kolor uklejki woblerów. Pierwsze branie nastąpiło zaraz po przytopieniu przynęty pod drugim brzegiem. W walce nie było charakterystycznego walenia ogonem w żyłkę ani młynków, widocznie ryba była zmęczona niedawno odbytym tarłem. Po sile jaką musiałem włożyć w podciągnięcie jazia wiedziałem, że od razu trafił mi się okaz. Brzeg w tym miejscu był płaski, więc do lądowania nie musiałem używać podbieraka. Chwyt za kark w zypełności wystarczył. Fotka na pamiątkę spotkania i do wody. W okolicy ogona i na głowie widoczna była jeszcze wysypka tarłowa, ale ryby zaczęły już wielkie żarcie, bowiem przy odhaczaniu jaź wypluł dwie nadtrawione żabki. Za tydzień, maksymalnie dwa będą już agresywnie biły w obrotówki, a wtedy można będzie liczyć na jeszcze lepsze wyniki.

Kolejny jaź wziął na przelewie, za którym łowiłem do tej pory wyłącznie klenie. Nie był to okaz, ale szybki nurt pomagał mu w walce i chwilkę mi zajęło zanim podciągnąłem go do siebie. Każda ponad 35cm ryba cieszy, bo daje satysfakcję po udanym holu.
Krótka, lecz mroźna zima nie przeszkodziła kleszczom i licznie wyszły na suche gałązki by tam wyczekiwać swych ofiar. Żaby rechotały głośno i gdy zbliżałem się do brzegu z głośnym pluskiem wskakiwały ze skarp do wody. Być może płoszyło to ryby, więc starałem się wydłużyć maksymalnie rzuty. Nie przyniosło to spodziewanego efektu, bowiem jazie brały w tym dniu z tzw. wachlarza. Kąt prowadzenia przynęty musiał być więc dość duży. Na przytrzymywany w miejscu wobler połakomił się jedynie kolejny szczupak.
Trzeci jaź okazał się być również medalowy - pięćdziesiąt centymetrów to już kawał ryby. Podobnie jak poprzednie miał resztkę wysypki tarłowej przy ogonie. Nie wykazywał jednak oznak potarłowego zmęczenia i walczył zaciekle do końca. Branie nie było agresywne, ale wędka wyginała się w pół od ciężaru ryby. Kilka niezaciętych jaziowych puknięć w wobler uświadomiło mi, że ryby są w łowisku, ale skuszenie ich do brania nie jest dziś takie proste. Ciśnienie leciało w dół na łeb na szyję, znacznie się ochłodziło, a wiatr wzmógł na tyle, że wydawało się iż fale płyną pod prąd w rzece. W tych frontowych warunkach udało mi się nakłonić do brania jeszcze dwa jazie i o godzinie 16.30 zakończyłem swój ośmio godzinny jaziowy maraton.


Piątek trzynastego okazał się być dla mnie szczęśliwy, zresztą nie po raz pierwszy. Kilka lat temu w zbiegu podobnej daty złowiłem swoją największą troć. Być może, jeśli sięgnął bym pamięcią, to odnalazłbym ślad tego, że to właśnie piątki 13-tego są dla mnie wyjątkowo szczęśliwe i powinienem z niecierpliwością wyczekiwać właśnie takiej daty, bo łowię wtedy wyjątkowo duże okazy różnych gatunków ryb.

ARTFISH

 

® Prawa autorskie zastrzeżone. Publikowanie i rozpowszechnianie zamieszczonych w tym serwisie zdjęć, grafik i opisów, bez wiedzy i zgody autora - wzbronione.
Copyright by Artfish