I CÓŻ ŻE ZE SZWECJI
Mój wyjazd do Szwecji zrodził się dość spontanicznie.
W sumie, to żona mnie tam wysłała (Aga dzięki). Lecieć miałem do Konrada,
który razem z bratem pracuje tam już od jakiegoś czasu. Lot z podwarszawskiego
Modlina trwał niecałe półtorej godziny. Przez kilkanaście minut, tuż
przed lądowaniem, gdy zeszliśmy poniżej warstwy chmur, podziwiałem
niezliczoną ilość jezior. Do niektórych pewnie nie ma nawet dostępu,
lub chroni je wielokilometrowej szerokości ściana lasu i skał. Wyobraźnia
w takiej chwili szaleje.
Po odebraniu bagażu kontrolnie sprawdziłem stan wędek, uff na szczęście
całe - tym razem obsługa potraktowała moją walizkę należycie. Kolega
podjechał po mnie na lotnisko i wieczorem siedzieliśmy już przed google
maps planując wyjazdy w kolejne dni. W ostatniej chwili Konrad dowiedział
się, że będzie musiał pracować następnego dnia, więc pierwsze wędkowanie
miałem odbyć sam.
Pobudka o godzinie 04:00, wszystko było już przygotowane do wyruszenia.
Po wyjściu na zewnątrz okazało się, że wszędzie jest szron. Dobrze,
że przygotowałem się na wędkowanie w różnych warunkach pogodowych.
Na jeziorze, które wybrałem do łowienia mieliśmy niecałe 3km w linii
prostej, więc po chwili dojechaliśmy na wcześniej upatrzony parking.
Godzina 05:00 a wokół nadal ciemno. Siedzieliśmy w aucie jeszcze przez
półtorej godziny. Gdy tylko zaczęło szarzeć zanieśliśmy sprzęt nad
wodę i Konrad pojechał do pracy. Zostałem sam, w nieznanym miejscu,
w obcym kraju, ale najważniejsze że nad wodą. Przygotowałem do zwodowania,
pożyczony od mojego gospodarza, ponton jednoosobowy. Wyglądał jak
dziecięca zabawka, ale na plus było to, że był dwukomorowy i dodatkowo
miał dmuchaną podłogę. Jakby co to jakoś dopłynę do brzegu, pomyślałem.
Wreszcie płynę, tafla jeziora jest niczym nie zmącona,
nawet najmniejszej falki, więc nie próbuję rzucać kotwicy. Pierwsze
rzuty wokół pontonu celem zbadania dna i głębokości łowiska. Wszędzie
2-3 metry i muliste dno. Przy brzegu gdzieniegdzie skały, a na pozostałej
części wszędzie nieprzebyte trzcinowiska. Dostęp do wody w zasadzie
nie możliwy, a to ci dopiero heca, tu dopiero będzie eldorado. Pierwsze
branie pod samą burtą, ale nie zacięte. Zawzięcie rzucam dużą obrotówką,
którą w Polsce używałem do połowu pstrągów na dużych górskich wodach.
Skusiła mnie płytka zatoka porośnięta 10-20metrowej szerokości pasem
grążeli. Na ich granicy co raz wodzę stada uciekającej drobincy. Będzie
dobrze myślę sobie. Wreszcie siedzi pierwsza ryba. Wędka teleskopowa
Shimano Catana 270, Shimano Stradic i żyłka 0,25mm. Hol bez entuzjazmu,
ale pierwszy wymiarowy szczupak cieszy. Podbieranie ręką z największą
uwagą, bowiem dziura w pontonie automatycznie zakończy moje wędkowanie.
Udało się. Próbuję robić zdjęcia komórką, a tu zdziwienie gdyż bateria
jest na wyczerpaniu. Później się okazało, że telefon non stop gubił
sieć i próbując ją odnaleźć przez noc rozładował całą baterię. Zdołałem
tylko zadzwonić do Konrada i powiedzieć, że będę poza zasięgiem...
przez cały dzień.





Kolejne brania i kolejne zaliczone szczupaki. Nie ma
okazów, ale i ilościowo nie jest najlepiej. Opłynąłem pół jeziora
i jakbym łowił w studni. Ponadto zerwał się bardzo silny wiatr, który
napędzał fale zalewające niezbyt wysoką burtę mojego pływadełka. Postanowiłem
wrócić do zatoczki z grążelami. Tam znowu co kilka rzutów miałem brania
szczupaczków. Podczas zmiany miejsca pękło mi wiosło. Ledwie udało
mi się złapać za uciekającą część. Szybko dobiłem do brzegu i chwila
konsternacji. Co ja mam teraz robić, chyba trzeba wrócić na kwaterę.
Zjadłem kanapki, odpocząłem i zacząłem bawić się w Macgyvera. Obciąłem
nożem półmetrowej długości patyk, okorował go pod wymiar i spasowałem
z dwiema częściami pękniętego wiosła. Wydawało się solidne, więc już
po chwili byłem z powrotem na wodzie. Wiatr nie odpuszczał i musiałem
trzymać się osłoniętej zatoczki. O godzinie 17:00 zakończyłem łowienie
i odrobinę rozczarowany zacząłem przygotowywać się do powrotu. Sprzęt
do plecaka, ponton i wiosła pod pachę i w drogę. Na swoje nieszczęście
pomyliłem drogę i nadłożyłem dobre 3kilometry. Mój powrót zbiegł się
z powrotem z pracy Konrada. Kolacja z duchem puszczy i znowu google
maps. Plan na kolejny dzień powstał dosłownie w kilka chwil.
Drugi dzień przeznaczony na wędkowanie i moje plany na złowienie kilku
okazów pokrzyżowało załamanie pogody. Prawie przez cały czas padał
deszcz, co uniemożliwiło mi pływanie pontonem.





Trzeci i ostatni dzień łowienia. Tym razem Konrad ma
wolny dzień, a do ekipy dołącza również Norbi. Jedziemy o świcie w
stronę morza bałtyckiego. Tam mamy zamiar spróbować swoich sił w łowieniu
na szkierach. Skaliste brzegi morza, woda poprzecinana tysiącami malutkich
wysepek i ryby w zasięgu rzutu. Co prawda wszędzie opisywane było,
że do łowienia niezbędny jest środek pływający, ale cóż musieliśmy
przekonać się o tym na własne oczy i na własnej skórze.
Hej zobaczcie tu na mapie jest jakaś rzeka wzdłuż drogi powiedział
Konrad, który obsługiwał GPS'a. Już po chwili byliśmy na pierwszym
mostku i oglądaliśmy miejscówkę. Nie do końca przypadła nam do gustu
ze względu na gęste trzciny, więc pojechaliśmy na kolejny mostek tym
razem w centrum miasta, vis a vis centrum handlowego, które było o
tej porze jeszcze zamknięte. Tu było całkiem inaczej, wręcz aż za
łatwo. Brzegi ładnie obkoszone, łatwo dostępne, dostęp do wody utrudniały
jedynie pojedyncze olchy. Po krótkiej chwili mam wyjście małego okonka.
Oczami wyobraźni widziałem jednak, jak holuję takiego ponad 50cm.





Pierwszą rybę - szczupaka, zacina Konrad. Sprawnie ląduje
70-taka do podbieraka, chwilę później Norbi ma swoją chwilę szczęścia.
Ryba na chwilę zaplątuje się w ziele, ale mocny sprzęt dobrze sobie
z nią radzi. Ja asystuję przy holach i dopinguję łowiących. Po chwili
cofam się w najbardziej zakrzaczony odcinek, który opuścili koledzy.
Rzut wzdłuż brzegu 8cm biało-czerwonym kopytem na 5g główce i dłuższy
opad. Głebokość w tym miejscu waha się od 1 do 2,5m. Delikatnie unoszę
wędkę do góry, kilka obrotów korbką kołowrotka i znowu opad. Coś się
dzieje, napinam żyłkę, poprawił. Zacinam dość mocno, bowiem brania
z opadu często bywają nietrafione. Siedzi, ale co to, ryba po chwili
dosłownie jednym skokiem lub ruchem ogona mija moje stanowisko i napiera
w górę rzeki. Krzyknąłem do Konrada, że mam coś fajnego, a ryba właśnie
zaczęła wybierać żyłkę z kołowrotka i kręcić jakieś dziwne ósemki.
Dość mocno ustawiony hamulec zapracował i oddał dobrych kilka metrów
żyłki 0,25mm. Wędka wygięta w literę U i pompa do góry. Pojawił się
Konrad, szczupak zwolnił i pokazał się przy powierzchni. Razem nam
wyrwało się niecenzuralne słowo jak zobaczyliśmy przeciwnika. Przewalił
się pod powierzchnię szerokim bokiem. Myślałem, że mam 80-taka, ale
o takim rybsku nawet nie marzyłem. O dziwo udawało mi się nie dopuścić
do kolejnego odjazdu szczupaka. Konrad przyłożył podbierak, ale nie
za bardzo było wiadomo z której strony się przybrać do ryby. Nastąpił
odjazd, hamulec miarowo terkotał, a szczupak parł wzdłuż brzegu tuż
pod moimi nogami. Teraz wędka wygięta była jeszcze bardziej niż w
literę U. Pompowałem zawzięcie jak na połowach morskich i udało się.
Kolejny raz przy powierzchni i po chwili znów przy naszym brzegu u
naszych nóg. Konrad zanurzył podbierak, w który spokojnie mieści się
większość ryb, które łowi się na co dzień. Ta ryba jednak nie była
taka codzienna, to był prawdziwy okaz. Gdy szczupak był w okolicy
podbieraka, powiedziałem próbuj od głowy i zanurz od razu podbierak.
Ja w tym czasie opuściłem wędkę w dół i szczupak z impetem wbił się
do środka podbieraka. Na zewnątrz wystawało chyba ze 40cm, ale większa
część zmieściła się jakimś cudem w środku podbieraka. Konrad chwycił
za boki siatki i wytagał z niemałym trudem bestię na trawę za naszymi
plecami. Szczupak wyślizgnął się z podbieraka i zmęczony leżał na
boku. Akutat podszedł zwabiony hałasami Norbi. Nie było go przez trzy
minuty, a tu SZOK. Grubszego w życiu nie widział żaden z nas, w sumie
to i dłuższego również nie. Przykładamy miarkę a tu matrówka okazuje
się za krótka, druga również. Dopiero miarka budowlana pozwala na
dokładny pomiar.
STO DZIESIĘC CENTYMETRÓW!!!



Przychodzi mi do głowy, że w chwytaku mam wagę do 15lbs,
ale ta kończy się w momencie gdy tylko trochę unoszę głowę szczupaka
do góry. Hmm ile on może ważyć, tego nie dowiemy się nigdy. Wspólnie
oceniamy go na jakieś 15kg. Przez skórę na brzuchu wyczuwam dwie około
kilogramowe ryby, które szczupak zjadł wcześniej. Sesja fotograficzna
na dwa aparaty i na koniec krótki film z akcji wypuszczania. Uff ja
nie mogę dojść jeszcze do siebie, Konradowi trzęsą się ręce, a Norbi
ciągle nie może uwierzyć. Rzeka niczym nasza Supraślanka, a ryby jak
na najlepszym OS'ie (odcinku specjalnym).
Przechodzimy poniżej niewielkiego progu wodnego i łowimy dalej. Tu
widać tysiące drobnych rybek i buszujące wśród nich okonie. Zmniejszamy
odrobinę przynęty i po chwili każdy z nas holuje ładnego pasiaczka.
Konrad wyłamał się i przeszedł z gumki na niewielki wobler. To dało
mu efekt w postaci jazia, czym wprawił mnie w niemałe zdumienie. Jeszcze
kilka okoni i po kilkudziesięciu metrach brzeg rzeki staje się niemożliwy
do przejścia ze względu na prywatne posesje sięgające do samej wody.
Postanawiamy zawrócić i udać się w górę rzeki, a po południu podjechać
w stronę ujścia autem. Rzeka na tym odcinku żyła, co chwilę widać
było ataki okoni i rozbryzgi drobnicy. My natomiast wyjechaliśmy z
miasteczka i ruszyliśmy w górę rzeki.
Po przejściu około 2km zaliczyliśmy brania pojedynczych okoni i krótkich
szczupaków. Rzeka była bardzo obiecująca, sporo powalonych do wody
drzew, utrudniony dostęp do wody a ryb jak na lekarstwo. Zwaliłem
to na brak podwodnej roślinności, którą można było spotkać na dolnym
odcinku. Postanawiamy zawrócić i odnaleźć jakieś fajne łowisko na
szkierach.
Z GPS'em w dłoni docieramy nad wybrzeże. Skaliste brzegi i morze trzcin.
Udaje nam się porzucać, ale o swobodnym łowieniu bez środka pływającego
nie ma mowy. Odpoczywamy przy ognisku zasilanym uschniętym krzakiem
jałowca.



Po raz kolejny zmieniamy miejsce, trochę dalej od cywilizacji.
Udaje nam się wypożyczyć łódkę i dwie godziny przed zachodem słońca
wypływamy na Bałtyk. Woda jest krystalicznie czysta, wokół pływa mnóstwo
meduz. Główki do gum, których używałem na rzece, okazują się być o
kilka gram za ciężkie, bowiem głębokość nie przekracza 2,5m. Pozostaje
mi unoszenie wędki maksymalnie w górę i dość szybkie zwijanie. Pomimo
ekspresowego łowienia, doczekałem się brania i ładny okoń wylądował
na pokładzie naszej łajby. Konrad miał lżejszy sprzęt i mógł prowadzić
przynętę wolniej. Dało mu to przewagę i już po chwili spod pasa trzcin
zaciął ładnego Bałtyckiego szczupaka.
Bałtyckie szkiery Szwecji bardzo różnią się od naszego wybrzeża. Nie
ma piasku, są za to skały. Nie ma wydm, jest za to szeroki pas trzcin.
Są tysiące malutkich skalistych wysepek i jest podwodna roślinność.
Wydawać się może, że ryby można łowić tam na zawołanie. Nic bardziej
mylnego. Trzeba się naszukać, napływać i narzucać, co nie zmienia
faktu, że po dobrym napłynięciu można zrobić wynik, na który u nas
trzeba by pracować cały rok.
Mój pobyt w Szwecji i gościna u Konrada dobiegła końca. Ilościowo
może i nie było rewelacyjnie, ale tylko dla tej jednej ryby było warto.
Kondziu już dał znać, że ma namierzone jezioro, w którym żyją pstrągi.
To samo przez się zabrzmiało jak kolejne zaproszenie :)






ARTFISH