BOLENIE NA ŻUKI

Pojawiałem się nad wodą w nowych miejscach lub w starych, sprawdzonych o różnych porach dnia by porównać efekty i namierzyć ryby. Łowiłem tylko i wyłącznie na Podlaską Mrówkę własnej produkcji, nie zabierając nad wodę innych przynęt. Potworne upały sprawiły, że ryby dość niemrawo reagowały w dzień, a uaktywniały się wieczorem tuż przed zachodem słońca. Wraz z nastaniem sierpnia zaczęły się również brania powierzchniowe po zmierzchu. Już w zupełnych ciemnościach ryby takie jak klenie i jazie patrolowały rewiry przy samej powierzchni wody. Kilkanaście wyjazdów nad wodę przyniosło efekt w postaci namierzenia kilku fajnych miejscówek. Samotne wyprawy kończyłem najczęściej około godziny po zapadnięciu zmroku, czy to ze względów bezpieczeństwa, czy to z wygody.
Pierwszego w tym roku bolenia złowiłem odrobinę za sprawą przypadku. Komary gryzły niemiłosiernie, więc po zarzuceniu przynęty zacząłem szukać sprayu by odstraszyć te insekty. Mrówka spływała w tym czasie swobodnie pod przeciwległym brzegiem. Po dłuższej chwili zobaczyłem w miejscu gdzie była moja przynęta spory wir, ale dalej zajmowałem się dezaktywacją komarów. Dopiero gdy na wędce, która znajdowała się w tym czasie między moimi nogami poczułem szarpnięcie, zorientowałem się że ryba już sama się zacięła.

W podobny sposób udało mi się złowić w późniejszym czasie jeszcze kilka boleni i zaliczyć kilkanaście pustych brań, ale tylko do momentu kiedy robiło się zupełnie ciemno. Po nastaniu mroku wszystko diametralnie się zmieniało.
Względy bezpieczeństwa przy samotnym łowieniu w nocy są równie ważne jak wcześniejsze rozpoznanie łowiska oraz brzegu z którego będziemy łowić. Już po godzinie 21:00 zobaczyłem za moimi plecami światła latarek, najpierw dwóch, potem czterech, a potem już chyba nawet sześciu. Przemieszczały się bezgłośnie to w prawo to w lewo, zbliżały się do mnie i oddalały. Pierwsza myśl, to że PSR urządza obławę na kłusoli, a jak domniemałem zostałem zauważony przez noktowizor i teraz robią na mnie zasadzkę. Druga myśl była taka, że kłusole siatkują starorzecze i chcą zobaczyć kto im tu wlazł w rewir. Nie dam się tak łatwo złapać, pomyślałem i ruszyłem po ciemku w stronę brodu na połączeniu starorzecza i rzeki, które było porośnięte gęstym pasem trzcin i dawało mi schronienie przed... sam nie wiedziałem przed kim.
Ok chyba ich zgubiłem. Nagle światła rozbłysły dokładnie za moim autem. Cholera, teraz to już im nie ucieknę. Wyjąłem z kieszeni nóż, zapaliłem latarkę i ruszyłem w stronę samochodu świecąc na boki. Światła gasły jedno po drugim. Gdy doszedłem do auta, obszedłem je z każdej strony, ale w pobliżu nie było nikogo. Aha czyli jednak to byli kłusole, pomyślałem. Nie zastanawiając się długo i nie czekając na dalszy rozwój wydarzeń wskoczyłem do auta i odjechałem.
Kolejny wyjazd w już rozpoznane miejsca zakończył się całkiem świadomym i celowym łowieniem boleni na powierzchniowe przynęty. Wrzut pod przeciwległy brzeg, zaoczkowanie i 2-3 metry swobodnego spływu. Gejzer wody i... i nic. Znowu zaoczkowanie i spływ... poprawił i siedzi. Kołowrotek nie oddaje ani metra żyłki, wszystko amortyzuje odległościówka. Brania są na wyjściu z zakrętów na głebokiej i spokojnej wodzie. Nie na przelewach, typowo tak jak w dzień, ale właśnie za nimi.

Po nastaniu ciemności łowię zupełnie inaczej - smużę i częściej oczkuję. Nadaję przynęcie więcej życia, bo mogła zostać łatwiej zauważona przez ryby. Brania są bardzo agresywne, ale ze względu na to, że ryby poruszają się za falą hydroakustyczną wytworzoną przez wobler, a nie celują bezpośrednio w niego wspomagając się wzrokiem, jest całe mnóstwo brań tzw. "pustych". Gejzer wody w pobliżu przynęty, czasem wyczuwalne na kiju kopnięcie i... i nic. Najważniejsze jest wtedy po prostu nie zacinać i dalej robić swoje. Ryby często powtarzają ataki, a zacięcie skutecznie je płoszy i sprawia, że wabik zmienia miejsce i zwyczajnie ucieka rybie z przed nosa.
Kolejny wyjazd, tym razem nie samotny, a w towarzystwie Mario. Już nad wodą, podczas rozkładania sprzętu, rozmawiamy z miejscowym rolnikiem. Panowie, teraz to nie ma co na ryby jechać... na spinning? To już tylko do jesieni czekać trzeba, teraz za dużo ziela. Ziela jak ziela, ale dzików ile tu mamy. W kukurydzę nam wchodzą i wyżerają, pół wioski musi w nocy pilnować.
Zaraz, zaraz pomyślałem. To te światła, które widziałem to nie byli kłusole, tylko rolnicy pilnujący swoich pól przed stadami dzików. Uff, kamień spadł mi z serca, poczułem się odrobinę bezpieczniej, ale czy na pewno. Na potwierdzenie tych słów już kilka godzin później... chrum, chrum i szelest trzcin. Odgłosy stają się coraz bardziej wyraźne i zbliżają w naszą stronę. Eee tam, to po drugiej stronie rzeki. Nagle chlup, chlup, chlup i odgłosy chrumkania i szum gniecionych trzcin są już na naszym brzegu i bardzo szybko zbliżają się w naszą stronę. To co, zapalamy latarki, zapytał Mario? Mieliśmy tego nie robić w pobliżu wody, ale co innego można robić by nie zostać stratowanym przez stado głodnych dzików. Świecimy przed siebie, ale nadal słyszymy tylko szelest łamanych trzcin i chrumkanie. Na szczęście stado nas mija i w ekspresowym tempie wbija się prosto w pole kukurydzy. Miejscowi świecą latarkami, jeżdżą rowerami wzdłuż upraw, ale jest za późno, stado dotarło już do celu.
Względy bezpieczeństwa... cóż, na takie spotkania chyba nie można być przygotowanym, ale z kompanem jest zawsze raźniej.

Co do ryb, to ja na dzień dobry, a może już na dobranoc zaliczam ładnego bolenia. To już kolejny o długości 64cm, czy inne tu nie występują? Mario uparcie zacina każde branie. Kurcze tego nie da się opanować, może gdyby tu był telewizor to bym zapomniał o zacinaniu, mówi. Kolejne branie i kolejne zacięcie, oczywiście puste. Oddalam się na chwilę by zmienić przynętę. Wreszcie siedzi i u mnie mówi zadowolony Mario. Wracam by pomóc w podebraniu ryby. Po chwili mamy w podbieraku bolenia 67cm, czyli że są tu też większe. Zaliczamy jeszcze po kilka, a może nawet po kilkanaście pustych brań, zmieniamy miejsce i znowu to samo, mega ilości pustych brań na smużące przynęty. Nie pomaga moje opanowywanie odruchu zacinania, ani też zacinanie od razu po braniu w wykonaniu Mario. Kolejne kilkanaście pustych brań. Ja to uznaję za normalne, bo to nie pierwszy raz, ale kolega jest w ciężkim szoku. Cóż, takie życie. Jedyną pociechą jest to, że nie wszystkie brania w nocy okazują się być boleniowymi i to jest właśnie w wędkarstwie piękne, ta nieprzewidywalność, te puste brania, te bolenie, te dziki, te komary, te ciemności, te hole... ehh można by tak wymieniać i wymieniać.

ARTFISH

 

® Prawa autorskie zastrzeżone. Publikowanie i rozpowszechnianie zamieszczonych w tym serwisie zdjęć, grafik i opisów, bez wiedzy i zgody autora - wzbronione.
Copyright by Artfish