KUMULACJA PRZED PÓŁNOCĄ
Która godzina, zapytał Mario? Dochodzi północ - odpowiedziałem,
czas wracać do domu. Potem kolejną godzinę wspominaliśmy, jeszcze
na gorąco, wrażenia z zaledwie kilkugodzinnego wyjazdu, a było o czym
opowiadać. Były ryby i to dużo, były zacięcia, były hole, było podbieranie,
było łowienie w świetle księżyca, były nietoperze i były dziki. Jednym
słowem, wrażeń co nie miara, a wszystko już po ciemku, dosłownie chwilę
po zachodzie słońca i później aż do północy.
Nad wodą byliśmy o 18:00, chwilę zajęło rozkładanie wędek i przygotowanie
się do marszu. Kilkadziesiąt minut marszu w dół rzeki i potem już
tylko łowienie, łowienie...
Po drodze przygotowaliśmy kilka miejscówek, a polegało to głównie
na wygnieceniu trzcin by umożliwić sobie swobodne rzuty i łatwy dostęp
do brzegu celem podbierania ryb. Teren znałem jak własną kieszeń,
więc robiłem za tzw. przewodnika. Pierwsze rzuty zdążyliśmy wykonać
jeszcze za dnia, ale bez efektu. Dopiero gdy było już prawie ciemno
miałem pierwsze branie. Wirem na powierzchni przy mojej przynęcie
zaznaczył swoją obecność boleń, niewzruszenie nie zacinałem i czekałem
na dalszy rozwój wydarzeń. Poprawił, ale tym razem celnie. Trwało
to dosłownie chwilę, potem wystarczyło że podniosłem wędkę i rozpocząłem
hol. Wydawało mi się, że miałem zbyt lekko ustawiony hamulec, bo co
chwilę oddawał niewielkie ilości żyłki, ale jak się później okazało
boleń był całkiem okazały i mierzył 70cm.




Zmieniamy miejsce i obławiamy przygotowaną wcześniej
miejscówkę poniżej przelewu. Już w pierwszy rzucie mam branie i co
dziwne skutecznie zacięte. Ryba chlapie się agresywnie na powierzchni
i nawet po ciemku wiem, że to będzie jaź. Włączamy latarki czołowe
i oświetlamy miejsce lądowanie ryby. Teleskopowy podbierak Maria po
raz kolejny okazuje się niezbędny, gdyż można nim sięgnąć akurat na
granicę ziela. Pięćdziesięcio centymetrowy jaź pozuje do zdjęcia i
chwilę potem odpływa. Przewiązuję zestaw, gdyż hol każdej dużej sztuki
osłabia żyłkę, a zwłaszcza miejsce łączenia z agrafką. Kilka rzutów,
zmieniam techniki prowadzenia, raz wolniej raz szybciej, podszarpuję
i zostawiam przynętę, to puszczam tzw. oczka, to ściągam do siebie
jednostajnym ale bardzo wolnym tempem. Nagle gejzer wody pod drugim
brzegiem i zaczyna się jazda. Kołowrotek oddaje kilka metrów żyłki,
a ryba jest kilkanaście metrów dalej, więc przeczuwam okaz. Hol się
nie przeciąga, gdyż nie mam w zwyczaju męczyć ryby by móc ją łatwiej
podebrać. Wóz albo przewóz, więc siłowo ściągam kolejnego 64cm bolenia
do siebie.




Wracamy w obłowione już miejsce i tam Mario zacina pieknego
jazia 50cm. Ryba wzięła na spokojnej, prawie stojącej wodzie, tuż
za granicą ziela. Na dobrą sprawę to wszystkie dzisiejsze brania udało
się zaciąć, wyjątkowa skuteczność jest zapewne wynikiem bardzo agresywnego
żerowania, ale być może częściowo pomaga również światło księżyca,
którego połówka świeci tak jasno, że wydaje nam się iż rzucamy cień
na rzekę.
W międzyczasie lądujemy jeszcze po kilka jazi, ale już nie tak okazałych
jak poprzednie i zaliczamy po kilka pustych brań. Na długiej prostej
około 22:00 słyszymy jak łamią się trzciny i stadko dzików z warchlakami
przebija się w stronę rzeki. Na nasze szczęście pozostają na drugim
brzegu i tylko ciągłe chrumkanie przypomina nam o ich obecności.








Pozostaje do obłowienia ostatnia miejscówka. Wiem, że
o tej porze nie można spodziewać się tam nic innego poza jaziami.
Nie mylę się, tyle że dłuższą chwilę zajmuje nam ich namierzenie.
Pierwsze branie ma Mario na samym końcu przelewu - agresywny jaź 48cm.
Ryby żerowały tak intensywnie że wyszły na dość szybką wodę, co w
nocy jest rzadkością. Dosłownie na kilka minut przed północą zamykam
wyjazd niewielkim jaziem.
Która godzina, zapytał Mario? Dochodzi północ - odpowiedziałem, czas
wracać do domu...
Trafić na taki dzień, to jak wygrać na loterii.
ARTFISH