CZERWONY PAŹDZIERNIK
Od połowy września łowiło się coraz trudniej. O 50taka
trzeba było powalczyć, jakiego by on nie był gatunku, ale się trafiały.
Brań było zdecydowanie mniej niż w lipcu, ale to chyba ze względu
na dość gwałtowne ochłodzenie. Nie miałem co prawda "pustych"
wyjazdów, ale o kilkunastu braniach można było zapomnieć. Wraz z końcem
września i nastaniem przymrozków zanikły brania powierzchniowe po
zmroku. Łowienie w gęstej mgle w temperaturze bliskiej zeru nie należy
do najprzyjemniejszych, tym bardziej w samotności.
W dzień i tuż po zachodzie słońca było zupełnie inaczej. W czasie
dnia słońce ogrzewało wodę, pojawiały się owady i ryby podnosiły się
do powierzchni. Brały wyłącznie klenie, ale w miejscach innych niż
latem. Głęboka i prawie stojąca woda dawała rybom schronienie podczas
niesprzyjającej aury. Musiałem łowić na odrobinę mniejsze przynęty
i nie nadawać im aż tyle życia. Drobne oczkowanie i nawet kilka metrów
swobodnego spływu, potem znowu oczko i tak aż do momentu aż Podlaska
Mrówka zaczynała zbyt mocno smużyć.



Swobodny spływ przynęty ma sens tylko za dnia, po zmroku ryba musi
mieć silniejszą falę wytworzoną przez przynętę, więc musi zaistnieć
oczkowanie i smużenie, bardzo wolne.
Nawet przed zmrokiem swoboda ruchu ogranicza się do rzutu max 60stopni
pod prąd pod przeciwległy brzeg i przynęta spływa "swobodnie"
na napiętej żyłce do momentu aż zacznie samodzielnie smużyć, tj. około
60stopni poniżej naszego stanowiska. Wtedy można wyjmować przynętę,
bo brań raczej nie będzie. Nigdy nie wypuszczam przynęty z ręki, bo
wtedy nie mam nad nią kontroli, a zamknięty kabłąk kołowrotka zapewnia
mi możliwość natychmiastowej reakcji na branie.
Swobodny spływ można wydłużyć dzięki schodzeniu w tempie spływającej
przynęty, ale wtedy poruszać się trzeba kilka metrów od brzegu by
być jak najmniej zauważonym przez ryby. Już nawet nie powinienem wspominać
o cichym stąpaniu wzdłuż brzegu.
Jak wyczuwam brania? Dzięki zamkniętemu kabłąkowi kołowrotka i wyczuwalnym
targnięciu na wędce, dzięki non stop napiętej żyłce i nie dawaniu
luzu. Brania o ile są nie wyczuwalne, to w nocy na pewno je słychać.
Najpierw chlupinęcie, a potem kopnięcie w dolnik i pulsowanie. Jak
już pisałem nie warto zacinać, po prostu unieść wędzisko i rozpocząć
hol.
Jeszcze jedna ważna sprawa, tj. podbierak. Wcześniej korzystałem z
krótkiego podbieraka muchowego, ale byłem nim bardzo ograniczony,
nawet w dzień. Do momentu kiedy zakupiłem za namową Mario podbierak
siatkowy z rozkładaną - teleskopową rączką. Z jego pomocą nie musiałem
się zastanawiać jak sięgnąć ryby ze skarpy lub zza 2-3 metrowego pasa
ziela. Teraz nie wyobrażam sobie łowienia bez niego. Podczas nocnego
łowienia prawie w ogóle się nie przemieszczam, więc nie ma problemu
z jego transportowaniem.


Nastał październik - czerwony październik, za sprawą pięknych
i jakże barwnych zachodów słońca, które rzucały na wodę jaskrawą,
niemalże purpurową poświatę. Trzcina na brzegach już wyschła, a liście
na drzewach przybrały złoty kolor.
Już chyba siłą rozpędu jeździłem nad wodę, bo powiedziałem sobie,
że ten rok jest przeznaczony na rozgryzanie technik, sposobów, miejsc
do łowienia z powierzchni. Zrobiłem małe podsumowanie i wyszło mi,
że podczas 25 wyjazdów na ryby złowiłem: 10 kleni 50+, 12 jazi 50+,
11 boleni 50+ (większość 60+). Pierwszego października złowiłem jeszcze,
a w zasadzie wymęczyłem klenia 40staka i byłem gotów zrezygnować na
rzecz innych ryb, gdyby nie pewna anomalia pogodowa - nagłe ocieplenie.
Huraganowy wiatr wiał przez 3 dni, a temperatura skoczyła do +20 stopni
w dzień i prawie +15 w nocy. Zaryzykowałem i w momencie, gdy słońce
zachodziło za horyzont, pojawiłem się nad wodą. Przez pierwsze 45
minut nic się nie działo, ale bardzo szybko zrobiło się ciemno i wtedy...
Doszedłem do zakrętu, gdzie złowiłem już nie jednego bolenia. Wiatr
ułatwił mi zarzucenie przynęty pod drugi brzeg, dokładnie na granicy
trzcin. W świetle księżycowej pełni widziałem jak Mrówka upada na
wodę. Kilka subtelnych oczek na wodzie i branie. Świadomie nie zacinam,
ale nie poprawia. Ponawiam rzut, tym razem o kilkanaście metrów wyżej,
znowu branie i znowu puste. Trzeci rzut lokuje przynętę dokładnie
na środku zakrętu, pod przeciwległym brzegiem. Subtelne ruchy szczytówką
wędki nadają odrobinę życia Podlaskiej Mrówce. Delikatne zebranie
z powierzchni i czuję, że tym razem siedzi. Ryba nie wybiera żyłki
z kołowrotka, ale miota się na głębokiej wodzie na środku zakrętu.
Czuję dość charakterystyczne dla jazia uderzanie ogonem w żyłkę, ale
w czasie walki brak jest typowego powierzchniowego chlapania. Kołowrotek
nie oddaje ani metra żyłki, ale wędka gnie się aż po samą rękojeść.
Schylam się nad burtą by podebrać rybę. Woda w rzece opadła w ciągu
dwóch tygodni o metr i teraz tyko dzięki rozkładanej rączce podbieraka
udaje mi się dosięgnąć lustra wody. Ciężko idzie mi podnoszenie ryby
i w dalszym ciągu nie wiem, co holowałem. Przez cały czas nie zapalałem
latarki czołowej, gdyż księżyc świecił jasno na niebie. Dokładniejsza
analiza i jej wynik - spasiony boleń 75cm. To na pewno największa
ryba złowiona przeze mnie na Podlaską Mrówkę.

Przewiązuję zestaw i ponawiam rzut w to samo miejsce
i ku mojemu zdziwieniu ponownie mam branie, potem kolejne i przez
następny kwadrans nic się nie dzieje. Nadszedł czas na zmianę miejsca.
W dalszym ciągu brnę w górę rzeki, do kolejnego zakrętu. Nietoperze
już prawie nie przeszkadzają w łowieniu, większość odnalazła schronienie
na nadchodzącą zimę. Na obłowienie kolejnej miejscówki poświęcam ponad
godzinę. Brań nie ma już bezpośrednio za przelewem, ale kilkanaście
metrów dalej na spokojnej, wręcz stojącej wodzie, pod drugim brzegiem.
Co ciekawe, brania boleni - bo to one zdominowały dzisiejsze łowy
- pojawiają się w momencie wyjścia księżyca zza chmur i w chwilę później
zanikają. Udaje mi się złowić bolki o długości 68,58 i 53cm. Takiej
serii nie miałem chyba nigdy wcześniej.

Wracam na zakręt poniżej obecnego miejsca połowu. Już
w pierwszym rzucie, w momencie gdy przynęta zaczynała wchodzić na
szybszą wodę za przelewem, czuję delikatne pstryknięcie i słyszę odgłos
chlapnięcia przy powierzchni. Nie zacinam, ale instynktownie czuję,
że coś jest nie tak. Okazało się, że ryba przepłynęła kilka metrów
w stronę środka rzeki z przynętą i dopiero wtedy poczułem, że już
mogę rozpocząć hol. To ze względu na huraganowy wiatr, który zerwał
się kilkanaście minut po 21:30, nie wyczułem od razu brania. Trzciny
gięły się aż do samej wody, na rzece zrobiły się fale. Hol nie był
długi, ale pozwoliłem na kilka chlapnięć - boleń 70cm.

Chwilę później słyszę, kilkadziesiąt metrów poniżej
mojej miejscówki, odgłosy przepływających przez rzekę i wdzierających
się w przybrzeżny pas trzcin, dzików. Zapalam latarkę i hałasuję jak
tylko mogę. Na szczęście udaje mi się przepędzić stado, ale niesmak
tego spotkania pozostanie. Wiatr nie ustaje, a wręcz przybiera na
sile i od momentu spotkania z dzikami nie mam już ani jednego brania.
O godzinie 22:00 składam sprzęt i jadę do domu.
Zarzekałem się, że to już ostatni wyjazd na powierzchniowe ryby, ale
aura sprzyja i znad wody wygonić mnie będą mogły chyba tylko przymrozki.
Do podsumowania, które robiłem, dzięki ostatniemu wyjazdowi doliczyć
można jeszcze pięć boleni, a tym samym zostają one rybą roku. W związku
z tym, że nie mówię jeszcze ostatniego słowa, to po cichu liczę jeszcze
na kilka wypasionych, jesiennych i walecznych jazi.
ARTFISH