W CZASIE PEŁNI

Pełnia nie za dobrze wpływa na żerowanie ryb. Świadczą o tym wyniki osób łowiących w dzień, ale czy w nocy będzie tak samo? Miałem się o tym przekonać na własnej skórze. Zaczynam łowienie zawsze w dzień, bo warto zrobić rozpoznanie i sprawdzić, co się zmieniło w otoczeniu, przejrzystość oraz stan wody, bo wszystkie te czynniki mogą mieć wpływ na efekt końcowy.
Godzinę przed zmierzchem księżyc świecił już dość jasno, więc po zachodzie słońca nie zrobiło się ciemno. Jedynie spora ilość ciemnych chmur nadchodząca z zachodu zapowiadała, że prognozy pogody o nadchodzącym deszczowym froncie mogą się szybko sprawdzić.
Wędkarze odjechali już z nad wody i zostałem sam. Za dnia moją przynętą zainteresowały się może dwie ryby, ale nawet nie próbowały skutecznie zagryźć Podlaskiej Mrówki. Jedynie wir w pobliżu przynęty świadczył o tym, że podpłynęły by przyjrzeć się z bliska. Potem przez półtorej godziny byłem bez brania i to w sprawdzonych przedeptanych miejscówkach. Coś z tym księżycem jest więc na rzeczy.
W oddali słychać było, że łosie zaczęły już bukowisko i ryczały donośnie. Po rzece pływały bobry, o żyłkę uderzały co chwilę nietoperze co mogło doprowadzić do palpitacji serca bo odczuwalne bywało prawie tak intensywnie jak branie, a po drugiej stronie rzeki krzątały się dziki. Stałem tak otoczony dziką przyrodą, a nad głową coraz mocniej kłębiły się chmury, które wkrótce przykryły jasno świecący księżyc. Gdy zrobiło się ciemniej od razu miałem pierwsze branie i to od razu trafione i skutecznie zacięte. Wędka pięknie się wygięła, a ryba parła przez chwilę pod prąd. Przeczuwałem bolenia, bo pierwszy zryw był na prawdę potężny. Potem było już trochę łatwiej, bo ryba miotała się i parła do dna na głębokim zakręcie. Przed samym podbierakiem uciekła mi na otwartą wodę, tak że zmuszony zostałem do zapalenia latarki czołowej. Tym razem się udało, ale zaraz zaraz, to nie ten kolor, nie ten układ łusek, to nie ten gatunek!!! To jest nowy PB klenia!! 57cm!! Uff ależ opas!! Wychodzę za linię trzcin i robię pamiątkowe zdjęcie. Przepiękna i jakże waleczna ryba, a przecież występują takie ponad 60cm, to już po prostu niewyobrażalne, ale cały czas idę w dobrym kierunku. Klenisko odpływa na pewno mniej zadowolony ode mnie.

Chwilę odczekuję i zaczynam dalsze łowienie w tym samym miejscu. W pierwszym rzucie mam atomowe branie połączone z dźwiękiem wrzucanego do studni kamienia, czuję kopnięcie na kiju ale niestety ryba spina się po pierwszym młynku. Troszkę jeszcze nabuzowany emocjami po holu klenia powoli się uspokajam i świadomie rzucam we wcześniej upatrzone miejsca na pograniczu nurtu i spokojnej wody. Mija kolejne pół godziny bez brania. Księżyc jest za chmurami, ale jest wystarczająco jasno by na tle nieba zobaczyć czy przynęta jest ułożona prawidłowo i rozpoznać linię trzcin pod przeciwległym brzegiem. Już miałem odchodzić, bo na każdą miejscówkę przeznaczyłem sobie około pół godziny, ale jak zwykle nie można odejść bez tzw. ostatniego rzutu. Pod drugim brzegiem łomot i agresywne zebranie przynęty. Może to ten sam, który wcześniej nie trafił? Hol jak zwykle dość siłowy i ryba po chwili trafia w nastawiony podbierak. Ładny boleń, ale co to - my się przecież już spotkaliśmy. Dostrzegam bardzo charakterystyczną ułomność ryby w postaci przetrąconej płetwy ogonowej. Dla wszystkiego dokonuję pomiaru. Tak, to ta sama 64cm ryba, którą złowiłem i wypuściłem 15.08.2014r. czyli trzy tygodnie wcześniej, kilkaset metrów poniżej obecnego miejsca. Czyli, że jednak warto...

Dla porównania ryba z 15 sierpnia:

Przechodzę na kolejny zakręt i słyszę zebranie z powierzchni. Posyłam tam przynętę i po chwili mam branie, niestety ryba się nie zacina. Przez kolejne pół godziny nic się nie dzieje, więc przechodzę dalej. Ogólnie ilość brań jest bardzo mała w porównaniu z tym, co się działo gdy świeciła tylko połówka księżyca, czyli około półtora tygodnia wcześniej, za to jakość tzn. wielkość wyjmowanych ryb jest zupełnie przyzwoita. W ogóle nie biorą maluchy. W tym samym miejscu o tej samej porze spotykam stado dzików, na szczęście nie mają ochoty na pływanie i pozostają na swoim brzegu. Kątem oka dostrzegam łabędzie płynące wprost na moją nie obłowioną jeszcze miejscówkę. Stadko w liczbie dwóch starszych i sześciu młodych potrafi nieźle narozrabiać, więc wyprzedzam je i rzucam nieznacznie pod prąd, pod przeciwległy brzeg. Czuję branie, ale ryba daje nura w moją stronę, więc muszę nawinąć kilka metrów żyłki by zacząć hol. Odciągam chlapiącego jazia od miejscówki i podbieram kilkanaście metrów dalej by nie płoszyć pozostałych. Szybki pomiar wskazuje 53cm - kolejna piękna ryba tego dnia. Kolejne pół godziny na miejscówce, jedno nie wykorzystane branie i idę dalej.

Pierwsze rzuty w nowym miejscu równają się pierwszym braniom, potem znowu cisza. Ryby są wyjątkowo ostrożne i znikają na dłuższą chwilę po usłyszeniu plusku na wodzie. Przesuwam się kilka metrów dalej i kontynuuję rzucanie w górę rzeki. Znowu ostatni rzut i znowu branie. Ryba jest trochę niemrawa, ale wszystko wyjaśnia się już na brzegu gdzie widzę, że Mrówka jest połknięta bardzo głęboko. Dopiero rozwieracz i szczypce oraz latarka czołowa pomagają mi w skutecznym uwolnieniu 50cm jazia. Na ostatnim miejscu mam jeszcze dwa niemrawe brania i po chwili zrywa się silny wiatr. Nadchodzi zapowiadana zmiana pogody i zaczyna kropić deszcz. Kilka minut przed północą kończę łowienie i jadę spełniony wędkarsko do domu.
Łowiłem w tych samych miejscach co na poprzednim wyjeździe z Mariem. Wtedy mieliśmy po kilkanaście brań i wyholowaliśmy o wiele więcej ryb, teraz zaś skutecznie zaciąłem cztery sztuki, ale za to jakie. Na pewno pełnia wpływa na żerowanie ryb, ale to będę sprawdzał zapewne jeszcze przez kilka lat.

ARTFISH

 

® Prawa autorskie zastrzeżone. Publikowanie i rozpowszechnianie zamieszczonych w tym serwisie zdjęć, grafik i opisów, bez wiedzy i zgody autora - wzbronione.
Copyright by Artfish