.

Podlaska Mrówka rządzi !!!

 

Po wielu miesiącach spędzonych w „warsztacie” podczas produkcji Podlaskiej Mrówki, przyszedł czas na prawdziwe (poza ustawianiem), polowe testy przynęty i jednocześnie pierwsze poważne powierzchniowe łowy. Docierały do mnie, co prawda, informacje że na moje woblery już złowiono pierwsze ryby, ale aura była na tyle niesprzyjająca, że nie można było się wstrzelić w aktywność powierzchniową. Na szczęście w połowie maja temperatura wody skoczyła do około 14 stopni, wyszło słońce i można było przystąpić do wielkiego otwarcia sezonu łowów na żuki.
Delikatnie zmącona, po ostatnich opadach, woda niosła ze sobą sporą ilość traw i ziela, które utrudniało lecz nie uniemożliwiało rzutów. Przy powierzchni nie było widać oczkujących uklei ani uganiających się za nimi boleni, a to nie była dobra wróżba. Co prawda pamiętałem sytuacje, kiedy to pomimo braku oznak żerowania udawało mi się robić rekordowe wyniki, ale to nie była częsta sytauacja.
W związku z tym, że była to pierwsza żukowa eskapada, to byłen pełen optymizmu. Koszulka Klubu Spinningowego BARWENA, pudełko z mrówkami, wędka odległościowa i do przodu. Po kilometrze marszu zatrzymuję się w okolicy przelewu. Tu powinno być dobrze, nie tylko mi, mam nadzieję że rybom również.
Pierwsze rzuty wykonuję testowe, raz w górę, raz w dół rzeki. Staram się wyczuć przynętę i dopasować się do aktualnego stanu wody. Suche trzciny trzeszczą pod nogami, więc staram się nie podchodzić do linii brzegowej, a oddawać rzuty z odległości kilku metrów. Poza tym, nowe trzciny jeszcze nie urosły i widać mnie doskonale na tle rzeki i łąki.  O maskowaniu się nie ma mowy, więc staram się po prostu poruszać jak najciszej i oddawać po kilka jak najdłuższych rzutów z jednego miejsca.

 

Po pół godziny łowienia mam pierwsze branie, czułem kopnięcie na kiju ale ryba się nie zacina. W kolejnym rzucie, tyle że kilka metrów niżej na smużącą mrówkę kolejne bicie, tyle że widzę jak ryba cała wyskakuje nad powierzchnię i się nie zacina. Zostaję w tym samym miejscu i dokładnie obławiam każdy metr wody. Trochę się nie spodziewałem brania przy samym brzegu, ale miłe zaskoczenie. Ryba nurkuje i próbuje wbić się pod brzeg. Żyłka 0,20 nie pozwala zdobyczy na zbytnie szaleństwo i po chwili piękny kleń pozuje do zdjęcia. Mrówka zassana byłą głęboko „jest dobrze” pomyślałem, a do wieczora jeszcze daleko.
Kilkadziesiąt metrów dalej kolejne branie z ładnym wirem pod powierzchnią, ale nie rozpoczynam nawet holu, a ryba nie powtarza ataku. Nie minęło 10 minut, kiedy odrobinę zamyślony przegapiłem kolejne branie. W zasadzie to usłyszałem głośne chlapnięcie, a ryba zacięła się sama. Ziele w rzece jeszcze nie wyrosło, więc ryba szukała schronienia przy brzegu, a tam czekałem na nią ja. Kolejny piękny kleń z głęboko zassaną głęboko przynętą zapozował do zdjęcia.

Meszki wgryzały się w skórę, ale nie chciałem wracać do auta po kurtkę, bo straciłbym pół godziny cennego czasu, więc postanowiłem łowić dalej. Niestety kolejnego brania doczekałem się dopiero w momencie gdy słońce chyliło się ku zachodowi.
Mrówkę rzuciłem daleko pod drugi brzeg i powoli sprowadzałem do siebie, delikatnie podszarpując. Około 10 metrów od brzegu zauważyłem, że pod powierzchnię w okolicy przynęty zrobił się wir, a po sekundzie ryba zrobiła nawrót i BUM, siedzi. Od razu nastąpił zryw w dół rzeki i to bardzo agresywny. Nie wystarczyła giętkość wędki, kołowrotek też musiał zapracować. Potem ryba ustawiła się bokiem do prądu wody i już wiedziałem, że to ładny boleń. Kilka zrywów w stronę środka rzeki i już mam go na brzegu. Podlaska Mrówka rządzi!!!

Tuż przed zmrokiem okazało się, że mój wybór przynęty był jak najbardziej słuszny. Co chwilę nad głową przelatywały duże owady, do złudzenia przypominające mojego woblera. Chrząszcze majowe robiły nad wodą spore zamieszanie, a wiadomo, że warto łowić na to co akurat jest pokarmem ryb.

 


ARTFISH

.

® Prawa autorskie zastrzeżone. Publikowanie i rozpowszechnianie zamieszczonych w tym serwisie zdjęć, grafik i opisów, bez wiedzy i zgody autora - wzbronione.
Copyright by Artfish