.

SAM NAD WODĄ

W związku z tym, że nad wodę dojechałem dosłownie pół godziny przed zachodem słońca, musiałem się spieszyć z obławianiem najlepszych miejsc, bowiem na Biebrzy można łowić tylko godzinę po zachodzie słońca. To zazwyczaj wystarcza, bowiem wieczorem ryby stają się aktywne, a w momencie gdy ja dopiero docieram na łowisko, inni już je opuszczają. Wykonałem po kilka rzutów na prostym odcinku, gdzie 500 metrów rzeki jest zarośnięte roślinnością, a do obłowienia pozostaje kilkumetrowy pas pod nogami, gdzie jest głęboko na kilka metrów i ziele nie sięga do powierzchni. Trzy brania wzdręg na skraju ziela i żadnej poważniejszej ryby. Słońce zaszło za horyzont, co zmusiło mnie do szybkiej zmiany miejsca łowienia. Kilkaset metrów sprintu przez zalane łąki i jestem w nowym łowisku. Nie widać tu śladów ludzkiej obecności. Od początku sezonu nikt tu nie łowił, bowiem przez trzciny przedzieram się niczym dzik przez kukurydzę. Na końcu zwalniam i stąpam lekko by nie płoszyć ryb. Już pierwsze rzuty uświadamiają mi, że ryby są aktywne. Widzę kilka okazów, które podnoszą się do mojej przynęty i po dokładnym jej obejrzeniu odpływają, ehh te bolenie. W końcu już prawie po ciemku udaje mi się zaciąć jedną sztukę. Wielkość co prawda bez rewelacji, ale hol zza dwumetrowych trzcin i podebranie prawie po ciemku stanowi nie lada wyzwanie. Już miałem kończyć, ale coś pcha mnie w jeszcze jedno miejsce oddalone o około 2 kilometry. Mgła wyszła na łąki dość szybko i widoczność w świetle latarki spadła do około 20-30 metrów. Dopóki poruszałem się wzdłuż rowu melioracyjnego, było wszystko ok, dopiero gdy musiałem oddalić się od głównej drogi zaczęły się problemy. Po przejściu około 500 metrów po zalanych trawach dotarłem do trzcin i kolejnego zalanego wodą rowu melioracyjnego. Jaki rów, jaka woda, jakie trzciny – tu powinna być łąka z trawą maksymalnie do połowy łydki. Świeciłem latarką w nicość, w oddali słychać było porykiwania łosi na bukowisku. Mgła była gęsta jak mleko, a światło latarki sięgało maksymalnie na 10-15 metrów. Brnąłem ku rzece – rzeka jest z lewej strony, powtarzałem sobie. Już pół godziny temu powinienem dotrzeć na miejsce, gdzie jest ten cholerny zakręt? Doszedłem do trzcinowiska i jego skrajem poruszałem się dalej. Nie poznawałem ani jednego skrawka ziemi, a w zasadzie wody, bo poruszałem się w po kolana zalanych łąkach. Okazało się, po kolejnych 15 minutach, że doszedłem na skraj starorzecza, które powinienem ominąć szerokim łukiem. Już wiedziałem gdzie jestem i dość sprawnie dotarłem do właściwej miejscówki. Podchodząc do wody, spłoszyłem dwa potężne bobry, które chlapnięciami swoich ogonów i hałasem jaki przy tym zrobiły, rozwiały moje resztki nadziei na jakiekolwiek branie tej nocy. Spuściłem głowę i udałem się w drogę powrotną. Wydawało mi się, że idę znaną sobie trasą. Nic bardziej mylnego, bowiem już po 150 metrach musiałem wrócić po swoich śladach i zacząć od nowa, bo brak mi było punktu odniesienia i najzwyczajniej pogubiłem się we mgle. W normalnych warunkach kieruję się światłami w pobliskich miejscowościach, drzewami lub innymi punkami odniesienia w terenie, a podczas mgły musiałem polegać tylko i wyłącznie na swojej intuicji. Miałem wrażenie, że już zaraz wsiądę do samochodu. Jakież było moje zdziwienie, gdy wyszedłem na drogę oddaloną od auta o około 500 metrów. Nie dziwota, że zwierz we mgle tumanieje. W takich warunkach, kolejnym razem, nie omieszkam skorzystać z nawigacji w telefonie lub po prostu będę ze sobą zabierał, tak jak na łódkę odbiornik GPS.

Sam na bagnach, w nocy, zagubiony pośród mgły…

 

 

ARTFISH

.

® Prawa autorskie zastrzeżone. Publikowanie i rozpowszechnianie zamieszczonych w tym serwisie zdjęć, grafik i opisów, bez wiedzy i zgody autora - wzbronione.
Copyright by Artfish