DESZCZ


Tym razem wahałem się bardzo długo z wyborem miejsca łowienia. Monitorowałem zmiany w pogodzie co kilka godzin i każda z nich wprowadzała coś nowego. Jedno było niezmienne miało padać do południa. To akurat najmniejszy problem, byle by nie wiało zbyt mocno, gdyż korciła mnie Siemianówka. Około godziny 21 zapadła ostateczna decyzja – jedziemy nad zalew.
Rano około 4:00 piękny wschód słońca, ale chmury szybko zaciągnęły całe niebo. O godzinie 05:30 w momencie wypłynięcia na wodę zaczął padać deszcz i padał zgodnie w planem do 11:30. Kilka łódek było już na wodzie, w tym połowa ekip pływała łowiąc na trolling, który jest zakazany. Gdy nie ma łódki policyjnej w zasiągu wzroku, wtedy na wodzie dzieją się dantejskie sceny. Poławiacze robią co chcą, w odniesieniu do sposobu łowienia, jak i ilości łowionych ryb, pomijając nawet wymiary ochronne. Pomijając jednak minusy…


Po pół godzinnym płynięciu w strugach deszczu dotarliśmy na miejsce. Skraj trzcinowej wysepki już wiele razy ratował przed wyzerowaniem, a od czasu do czasu trafiały się tam też przyzwoite ryby. Pierwszy raz wylaliśmy wodę z łódki i rozpoczęliśmy łowienie. Ja odrobinę delikatniej, a ojciec za szczupakiem. Po mniej więcej godzinie miałem pierwsze branie w przynętę, zaraz po jej zatrzymaniu. Znaczy się ryby są i będą brały z opadu, piękny okoń pomyślałem. Krótka dwumetrowa wędka Warrior Drop Shot 5-20 pieknie się wygięła, ale ryba w okamgnieniu podpłynęła w moją stronę, tak że przez chwilę myślałem że nie mam jej na kiju. Przy łódce okazało się, że ryba nagle „urosła” i zaczęło się kołowanie, nurkowanie i krótkie odjazdy. To nie okoń, to jednak boleń! Ładny 60tak! Trudno było marzyć o dobrym zdjęciu, gdyż deszcz lał nieprzerwanie, jednak później się okazało że jedna migawka wystarczyła. Kolejnymi rybami były pojedyncze okonie, dosłownie wyłuskiwane spośród karczowisk. Brały z opadu, jak na okonie przystało, trafił się też krótki sandaczyk, ale o nadmiarze brań nie było mowy. Po kolejnych dwóch godzinach w deszczu popłynęliśmy na górki bliżej środka zalewu. GPS wyznaczył trasę i odległość około 1km. Za dużą wyspą okazało się, że wiatr mocno wieje, na tyle by uniemożliwić utrzymanie się na kotwicy. Fale zalewały burty sporej łódki i spychały nas dość szybko z łowiska. Jeszcze raz podjęliśmy próbę zakotwiczenia, ale już po dwóch rzutach byliśmy oddaleni od miejsca docelowego o około 20metrów, a tak duża rozpiętość jeżeli chodzi o precyzyjne ustawienie na skraju blatu, eliminuje je całkowicie. Postanowiliśmy wrócić w poprzednie, w miarę zaciszne miejsce za trzcinami.

Przed południem przestało padać, udało się zjeść kanapki i zdjąć płaszcz przeciwdeszczowy. Na chwilę wyszło nawet słońce, ale polepszenie się pogody nastąpiło wraz ze wzmożeniem siły wiatru. To pobudziło ryby do wzmożonej aktywności. Kilka niewielkich okoni i kolejne branie w opadzie, takie jak każde inne. Ryba tym razem już na początku pokazała rogi, ale ze względu na niewielkie rozmiary, dopiero znowu przy łodzi odrobinę zaszalała. Kolejny pięknie wysrebrzony boleń. Nie minęło 10 minut, a spod samych trzcin holowałem kolejnego. Tym razem od razu wiedziałem, że to srebrna strzała.  Radość od ucha do ucha. To nawet lepsze od dłubania okoni pomyślałem sobie i rzuciłem gumkę wzdłuż ziela. Tuż przy łódce już w ostatnim podbiciu nastąpił strzał. Kolejny boleń, na bank, a jednak nie, po kilku sekundach pod powierzchnią ukazał się gruby bok szczupaka. Raz zanurkował i po kolejnych kilku sekundach go podbierałem. Byłem chyba bardziej zdziwiony szybkością akcji od niego. Już dano trzcinowa wysepka nie obdarzyła mnie w ciągu jednego dnia tyloma pięknymi rybami.

 

ARTFISH

.

® Prawa autorskie zastrzeżone. Publikowanie i rozpowszechnianie zamieszczonych w tym serwisie zdjęć, grafik i opisów, bez wiedzy i zgody autora - wzbronione.
Copyright by Artfish