Łowienie z powierzchni

Zakończenie sezonu łowów powierzchniowych nie było zbyt spektakularne, podobnie zresztą jak pozostała część sezonu. Ilość ryb przypadająca, w przeliczeniu,  na jeden wyjazd była znacznie poniżej 1:1. Jak można złowić pół ryby na wyjazd, ano można – czysta matematyka. Na szczęście nie da się w realu tak ryby podzielić, więc do rejestru wpisuję się zero – co zdarzało się ostatnio niezmiernie często.
Kilka osób pisało, że zazdrości mi czasu na ryby, bo „ciągle” wstawiam jakieś zdjęcia. Nie ma lekko, wyniki okupione są wieloma wyjazdami na pusto, szukaniem nowych rozwiązań i miejsc. Czas – jest go coraz mniej. Dni stają się coraz krótsze i gdy wyjeżdżam około 17:00 z domu, nad wodą pojawiam się już po zachodzi słońca, w zasadzie po ciemku. Trzy max cztery godziny łowienia i powrót 50-60km do domu. Chciało by się komuś? Mi się chce, jak to mówią ryby same się nie złowią. Mogą nie żerować, mogą nie chcieć dać się zaciąć, czy skutecznie doholować, ale nie złowią się przed ekranem komputera czy smartfona. Tak więc zachęcam do wyjazdów na wodę, nawet krótkich.


Pojedyncze brania nie dały szans na wyciągnięcie żadnych wniosków, co do miejsc, czasu, przynęt. Jeden natomiast był niezaprzeczalnie prosty i oczywisty – w rzekach z powodu niżówki ryby wyemigrowały, a te które zostały siedzą jeszcze w zielu, które dość wolno zaczyna obumierać po pierwszych przymrozkach. Jak to w październiku bywa, przychodzi na tydzień ocieplenie, połączone z dość silnymi podmuchami wiatru. Jest ostatni gwizdek na zrobienie przeglądu przynęt powierzchniowych i wybranie się na silnego bolenia i nieobliczalnego jazia wieczorową i nocną porą. Klenie są aktywne jeszcze w dzień, gdy słońce ogrzeje powierzchnię wody. Mój sezon łowów powierzchniowych kończy się wraz ze zmianą czasu z letniego na zimowy. Można oczywiście próbować jeszcze w dalszej części roku, ale wyniki nie będą zachęcające, więc czas ten najlepiej poświęcić na łowienie ryb, które współpracują o wiele chętniej – okoni, sandaczy i szczupaków.


O tym sezonie nie mogę napisać nic szczególnego, poza jednym wydarzeniem, które zapamiętam na długo. Kilka kleni i boleni złowiłem na Salmo Lil Bug 3cm, ale przez moje ręce przewinął się wobler Bass Bug długości 5,5cm i masie 25g. Jak a baryła lata, tego nie da się opisać. Kartofel - bo tak go pieszczotliwie nazwałem, wymaga użycia żyłki 0,25 lub plecionki 0,12mm by poczuć się komfortowo podczas łowienia. Czekałem do jesieni by go użyć, czekałem aż opadnie ziele, czekałem aż zacznie wiać silny wiatr – kładący trzciny do samej tafli wody. Czekałem na to jedno branie i się doczekałem. Wędka wygięła się i hamulec oddał kilka nawojów żyłki, a gejzer wody na powierzchni zwiastował dużą rybę. Nie spodziewałem się niczego innego, poza boleniem i się nie pomyliłem. Kilka odjazdów, kilka chlapnięć i wciągam rybę (podbierakiem z teleskopową sztycą) na 3 metrowej wysokości skarpę. Jest mój!!! Najdłuższy boleń w tym sezonie, złowiony z premedytacją na eksperymentalną przynętę przeznaczoną na bassy. Okazuje się, że  w Polsce też można na Bass Bug’a skutecznie złowić mega rybę.

 

 

ARTFISH

® Prawa autorskie zastrzeżone. Publikowanie i rozpowszechnianie zamieszczonych w tym serwisie zdjęć, grafik i opisów, bez wiedzy i zgody autora - wzbronione.
Copyright by Artfish