Grudniowe sandacze

Ostatnie dni listopada spędziłem raczej przed komputerem niż nad wodą .Trzy tygodnie byłem pozbawiony widoku ukochanej rzeki, jaką niewątpliwie jest i będzie Narew. Nagromadzenie się wielu obowiązków w pracy oraz w domu nie pozwoliły mi na normalne "rybaczenie". Również kiepski sezon jesienny spowodował, że wolałem posiedzieć w domowym zaciszu. Z przyjaciółmi uganialiśmy się od miesiąca po najlepszych okolicznych miejscówkach, ale efekty były niezadowalające. Oczywiście łowiło się różne rybki, ale to nie było to, co kilka sezonów wstecz. Niski stan wody utrzymywał się jak nigdy wcześniej, przez całą jesień.
Wyjazdy na sandacze były również celem naszych jesiennych wypraw. Ogólnie było słabo. Słyszało się i widziało pojedyncze sztuki u innych wędkarzy. Trafiał się sandał, ale nie powalał rozmiarami. Podczas mojej trzy tygodniowej wędkarskiej abstynencji doszły do mnie słuchy, że coś powoli drgnęło. Na początku grudnia kolega Adam dzwonił i informował, że ma namiary na miejscówkę. Wiadomość tą przyjąłem z lekkim przymrużeniem oka. Po dwóch dniach dostałem sms-a: "jedziemy jutro?.jedziesz?" Już byłem gotowy do wyjazdu, aż tu nagle wyskoczyła mi ważna sprawa rodzinna. Odpuściłem, a Adam połowił - sandacz 68 cm oraz okoń 39 cm, nie licząc kilku sandaczowych podrostków oraz pustych brań. Zaskoczony wynikami, nie mogłem doczekać się soboty, 13 grudnia .Miałem wówczas wolne i już na 100% byłem pewien, że pojadę. W międzyczasie Adam był jeszcze kilka razy i miał ryby, co nastrajało optymizmem.


Nastała sobota 13 grudnia. Rano o 6.30 jestem pod blokiem Adama. .Jeszcze tylko skok do sklepu po pączki i przystanek na stacji LPG w celu uzupełnienia zawartości butli z "cyklonem" i w drogę. Podróż mija szybko i o szarówce jesteśmy przed Wizną - celem naszej wyprawy .Jeszcze tylko przetarcie szlaku przez łąkę i po 800 metrach staję przy lasku sosnowym, poniżej mostu na trasie Białystok-Łomża. Wysiadamy z auta i rozkładamy nasze "szpady". Wieje mocny zachodni wiatr. Jest pochmurno, ale nie pada. Szybkim krokiem zmierzamy ku rzece. Jesteśmy sami... i dobrze, bo tłok nad wodą źle wpływa na klimat łowienia. Za drzewami jest bardzo zacisznie i tylko wyginające się czubki sosen oraz trzeszczące pnie przypominają nam o wietrze.
Do wody lecą gumy, średnich i dużych rozmiarów. Zaczynam od kopyta na 25 gramowej główce. Adam "wozi" 10 cm ripper mansa z 10 gramowym obciążeniem. Obie przynęty są koloru perłowego. Mija pierwsza godzinka sandaczowania. Efekty marne, ale nie poddajemy się. Zmieniamy przynęty, ciężar główek i?.nic. Po ponad dwóch godzinach postanawiamy zmienić miejsce. To ciężka decyzja, bo musimy przejechać w miejsce, gdzie nie ma drzew i wiatr będzie nam wiał prosto w twarz. Wskakujemy do samochodu i suniemy wzdłuż rzeki po łąkowej drodze (jeśli wydeptany przez krowy pas ziemi można uznać za drogę).
Następną miejscówką ma być przepiękna burta nazwana przez nas "obok stara". Nazwa ta wzięła się z tego, iż obok skarpy na pastwisku, stoi kabina samochodu ciężarowego marki STAR. Postawił ją tu pewien "aborygen", któremu miała służyć jako schronienie przed deszczem. Zaczynamy obławiać to miejsce bardzo starannie. Już po pierwszych kilku rzutach Adam, na Morsa 2, ma piękne uderzenie ze środka koryta. Ryba, prawdopodobnie szczupak, nie zapina się. Ja nadal pozostaje wierny gumie. Czas leci bardzo szybko, a brań jak nie było, tak nie ma. Jeszcze tylko kilka urwanych przynęt i trzeba zmienić miejsce. Do następnej burty mamy około 700 metrów w linii prostej. Decydujemy się podjechać tam samochodem.


Docieramy do długiego zakrętu, poniżej którego znajduje się ujście małej rzeczki Jedwiabianki. Burta ta znana jest nam bardzo dobrze, gdyż wczesną jesienią łowiliśmy tu ładne rybki - zarówno sandacze, jak i bolenie. Tyle, że łowiska wrześniowe nie są dobre w grudniu. Interesował nas końcowy odcinek tego rybodajnego zakrętu, gdzie rzeka wymyła głęboką rynnę. Adam został, obławiając cofkę w pobliżu zalanych krzaków, a ja pognałem na wlew. Zerknąłem na zegarek - dochodziła już pierwsza. Mało czasu, bo już powoli trzeba się zwijać. Rzucam najpierw przed zwarami. Już zniechęcony przechodzę na wlew do rynny. Piękne miejsce , bardzo obiecujące, tylko że takich widziałem już kilka tego dnia. Pod drugim brzegiem rzeka usypała przykosę, a za nią robi się dołek z kręcącą się wodą. Pod nogami mam bełt, który uspokaja się po kilku dobrych metrach przechodząc w spokojną płań. Staję na cypelku i posyłam mleczne kopyto z czerwonym grzbietem, na 15 gramowej główce w nurt. Guma wpada z pluskiem do wody pod drugim brzegiem. Trzymam ją dłuższą chwilę na napiętej żyłce i pozwalam spłynąć na środek rynny. Zaczynam powolne zwijanie, które przypomina bardziej wiosenne pstrągowanie woblerem, niż tradycyjne łowienie sandaczy ciężką gumą, polegające na agresywnym podrywaniu. Przynętę podciągam kilkoma obrotami kołowrotka i po chwili przytrzymuję. Taki scenariusz przerabiałem cały dzionek od rana, więc ogarnęło mnie znużenie. Nagle, po kolejnym przytrzymaniu, czuję w opadzie wyraźne "pstryk". W tym samym momencie budzę się z "letargu" i przycinam ostro. Ogromne zdziwienie bo siedzi!!! Hol jest dynamiczny, nie popuszczam rybie. Wiem, że to sandacz bo czuję charakterystyczne targnięcia i murowanie. Krzyczę do Adama, że mam. Ryba pokazuje się dopiero przy burcie. Staram się ją wyjąć wyślizgiem na półkę, ale nie udaje się. Szybko schylam się i chwytam pewnie za kark. Wychodzę na górę trzymając sandacza w mokrej rękawiczce. Uśmiech zalewa całą twarz. Adam podchodzi i wyciąga aparat. Ja chwytam za miarkę? ma 57 cm i jak się potem okaże 1.40 kg. Na rybach nie wolno za szybko się poddawać, szczególnie jesienią nie możemy zrażać się brakiem jakichkolwiek oznak żerowania i współpracy ze strony rybek. Robimy małą sesję i po kilku minutach schodzimy na dół na półkę. Jest godzina 13.13, 13 grudnia. Wykonuje drugi rzut, identyczny jak poprzedni. Po przeprowadzeniu gumy w tym samym miejscu ponownie przytrzymuję przynętę. Tym razem dłużej i? jeszcze mocniejsze pstryknięcie, które kwituję natychmiastowym zacięciem. Jakie było moje zdziwienie, kiedy ryba zaczęła wyginać wędkę zdecydowanie mocniej od swej poprzedniczki. Już wiem, że to większa sztuka. Jednak mocny sprzęt, żyłka 0.30 mm pozwala mi się czuć pewnie. Ryba ostro szarpie i muruje, stając na chwilę w rynnie. Poluzowałem nawet hamulec by przy podbieraniu nie było niespodzianek. Sandacz jeszcze odjechał, gdy był bliżej nas, ale nie pokazał się na powierzchni .Wycofałem się w górę burty i poprosiłem Adama aby podebrał. Sandacz pokazał się dopiero na sam koniec walki. Szeroki, pasiasty kark i uzębiony pysk, z moją gumą ukrytą pomiędzy "psimi zębami". Ryba jest przy półce i Adam chwyta ją rękoma, wynosi na łąkę. Zaczyna się cmokanie, ochy i achy. Sięgam do pyska po przynętę. Ryba trzyma mocno i ciężko jej otworzyć szczęki, a guma tkwi pewnie i głęboko. Adam sięga po aparat, a ja po miarkę. Ma 71 cm i ważył 3.20 kg. Piękny i w dobrej kondycji. Mniejszy sandacz miał na ogonie ślady po ataku innego pobratymca. Porównaliśmy nacięcia, ze śladami mojej drugiej zdobyczy i okazało się, że był to inny osobnik jeszcze okazalszy.


Czas nieubłagalnie płynął i musieliśmy już wracać. Jeszcze tylko po 5 kontrolnych rzutów i szybko do samochodu. Pełni wrażeń wracaliśmy do Białegostoku.
Adam pojechał tam jeszcze następnego dnia i miał trzy piękne brania. Ślady na gumie pozostawił sandacz całkiem słusznych rozmiarów, niestety nie zaciął się. Padający obficie deszcze wygonił kolegę po trzech godzinach znad rzeki. Powrócił on jednak w tygodniu wyjmując kilka sztuk w granicach 50 i 68 cm. Sytuacja uległa zmianie po tygodniu, gdyż woda skoczyła o prawie metr w górę i brań nie uświadczyliśmy, ale pamiętny dzień 13 pozostanie na długo w pamięci.
Pozdrawiam wszystkich kolegów wędkarzy i zapraszam nad Narew, rzekę nadal rybną i dającą masę wrażeń

PAWEŁ M.

 

® Prawa autorskie zastrzeżone. Publikowanie i rozpowszechnianie zamieszczonych w tym serwisie zdjęć, grafik i opisów, bez wiedzy i zgody autora - wzbronione.
Copyright by Artfish