SREBRNIAK

Woda ma Grabowej właśnie opadała po zimowych roztopach i wczesnych obfitych deszczach. Popołudniową porą pojawiłem się nad rzeką i ochoczo zabrałem się do obławiania pierwszej miejscówki. Próbowałem wczuć się w pracę woblera, gdy 2 metry ode mnie, miałem silne branie. Eksplozja mocy pod kijem, ryba pomimo iż niewielka, dawała z siebie wszystko. Mój pierwszy srebrniak, ryba świeża w rzece i głodna, rzucająca się na wszystko, co znajdzie się w zasięgu jej wzroku. Dobrze, że znalazłem czas na wędkowanie pod koniec tygodnia, przed weekendem - w piątek 13-tego.

Schodziłem dalej wzdłuż rzeki, konsekwentnie obławiając kolejne mery wody. Nagle zza pleców wyłoniło się dwóch panów - dzień dobry Straż Rybacka, poproszę kartę wędkarską i opłaty. Przyznam, że szczerze się ucieszyłem na ich widok, bowiem nieczęsto miewam kontrole. Panowie byli dość mocno zdziwieni tym iż jestem z Białegostoku, bo to w końcu prawie 600km od miejsca gdzie się znajdowałem. Porozmawialiśmy chwilę i każdy udał się w swoją stronę.
Po mniej więcej dwóch godzinach w zwężeniu rzeki, pomiędzy krzakami na wypuszczony wobler miałem delikatne puknięcie. Nie zwijałem żyłki, lecz wypuściłem przynętę o metr do tyłu i przytrzymałem w miejscu. Po chwili ryba nie wytrzymała i uderzyła jeszcze raz, tym razem o wiele bardziej zdecydowanie. Zaciąłem energicznie i spokojnie zacząłem hol. Ryba zrobiła wir pod powierzchnią i wykonała kilka młynków. Nie dałem rady podciągnąć jej do siebie, a poza tym obawiałem się, że może zaplątać żyłkę w plątaninie gałęzi. Zszedłem do niej i na krótkiej żyłce rozpocząłem hol starając się utrzymać ją w głównym nurce z dala od brzegów. Wędka wygięła się w piękną parabolę znakomicie amortyzując zrywy ryby. Na szczęście pierwszy raz w tym roku zabrałem ze sobą większy podbierak muchowy.

Srebrniak był ogromny, takiego okazu nie miałem jeszcze na wędce od przyjazdu na pomorze. Przy drugiej próbie udało mi się go podebrać. Dopiero po wyjęciu na brzeg zdałem sobie sprawę z jak dużym i silnym przeciwnikiem miałem okazję walczyć. Kółko łącznikowe przy kotwiczce było prawie proste, na szczęście podwójny oplot uchronił mnie przed utratą ryby.

Już prawie po ciemku miałem jeszcze jedno uderzenie i trotka około 50cm wypięła się pod drugim brzegiem. Nie mało to już dla mnie większego znaczenia, bo limit emocji na ten dzień został w pełni wyczerpany.

ARTFISH

 

® Prawa autorskie zastrzeżone. Publikowanie i rozpowszechnianie zamieszczonych w tym serwisie zdjęć, grafik i opisów, bez wiedzy i zgody autora - wzbronione.
Copyright by Artfish