TAM MNIE JESZCZE NIE BYŁO

Wyprawom w nieznane zawsze towarzyszy dreszczyk emocji. Jest inaczej niż kiedyś, gdyż obecnie mogę korzystać z map google lub zumi. Wiem więc dokładnie którędy dojechać na łowisko, gdzie potencjalnie zostawić auto i w którą stronę się poruszać. Nigdy natomiast nie mogę być pewny co zastanę nad wodą, jakie ryby będę mógł łowić, czy rzeka jest zarośnięta czy też nie. Do wyjazdów w nieznane przygotowuję się zazwyczaj bardzo starannie. Dzwonię do znajomych, oglądam zdjęcia w Internecie o ile takie można znaleźć, zbieram każdą choćby szczątkową informację na temat miejsca, w które wyruszam.


Tak było również w przypadku wyjazdu nad jeden z dopływów jednej z naszych dużych podlaskich rzek. Celowo nie powiem który, by nieznane dalej pozostało nieznane, a radość z odkrywania kolejnych ciekawych łowisk niezmiennie duża. Spakowałem do plecaka tylko obrotówki i niewielkie woblery, bowiem rzeka, w której miałem łowić ma nie więcej niż 2-3m głębokości i kilka metrów szerokości. Uzupełnieniem arsenału przynęt były imitacje owadów i małe woblery powierzchniowe tzw. smużaki.
Nad wodę dotarłem około godziny 04:30 czyli w momencie kiedy wschodziło słońce. Ciepła lipcowa noc i poranek nie pozwoliły na noszenie nic poza lekką koszulą.

Pierwszy kontakt z wodą miały żuczki, bowiem zarośnięta woda nie pozwalała na użycie klasycznych przynęt. Przez pół godziny do prowadzonych przy powierzchni przynęt wychodziły niestety tylko uklejki. Postanowiłem odrobinę pospacerować i zwiedzić większy obszar. Opuściłem kilkaset metrów prostego i zarośniętego odcinka i udałem się w stronę ujścia, gdzie na mapie widocznych było wiele zakrętów. Już na pierwszym z nich złowiłem na niewielką obrotówkę szczupaka i okonia. Zrobiło się o wiele głębiej, a szerokość rzeki zmalała do dwóch długości wędki. Okonie biły w obrotówki raz za razem. Wystarczyło przytrzymać dłużej w ciekawym miejscu lub sprowadzić w dołek za zakrętem. Bardzo przydało się doświadczenie z pstrągowych łowów, bowiem po pierwsze trzeba było celnie podawać przynętę, a po drugie mieć wiarę, że w tak małej rzece też mogą być duże ryby.

Spodziewałem się klenia, jazia ale nie 64cm szczupaka. Hol musiał być siłowy, bo ryba szalała miotając się od brzegu do brzegu. Uff udało się.
Większego okazu już tego dnia nie złowiłem, ale wynik podparłem ponad dwudziestoma wymiarowymi okoniami. Po południu zdecydowanie lepsze brania miałem na woblery. W okularach polaryzacyjnych widziałem jak zza podwodnych przeszków skaczą do nich ryby. Po kolejnych dwóch kilometrach charakter rzeki po raz kolejny się zmienił. Woda zrobiła się płytsza, płynęła o wiele szybciej, a w jej nurcie pojawiły się stadka niewielkich jazi i pojedyncze klenie. Jazie łowiłem z przytrzymania, a klenie brały z wachlarza. Okonie znikły, bowiem nie było dla nich odpowiednich kryjówek. Brak było ziela, dołków czy oberwanych burt, w które obfitował poprzedni rejon. Miejscowy, którego spotkałem nad wodą opowiedział, że dwa dni wcześniej z biebrzańskich mokradeł śmigłowiec zabrał błąkającego się od dwóch dni ornitologa z Lublina. Tak to jest jak się poza ptakami świata nie widzi.

Ostatnie 500metrów przed ujściem woda prawie się zatrzymała. Uciąg był niewielki, pojawiło się więcej ziela, a głębokość wzrosła do 2metrów. Pojawiły się kolejne okonie, a przy brzegu drobnicę pogonił sporej wielkości boleń. Myślę, że wiosną wchodzi tu sporo ryby, w szczególności kleni i jazi. Jeszcze mnie tu nie było, ale jestem pewien że powrócę tu późną jesienią i wczesną wiosną w kwietniu.

ARTFISH

 

® Prawa autorskie zastrzeżone. Publikowanie i rozpowszechnianie zamieszczonych w tym serwisie zdjęć, grafik i opisów, bez wiedzy i zgody autora - wzbronione.
Copyright by Artfish